niedziela, 23 sierpnia 2020

Michał Bułhakow - Powieść teatralna


Przed wyjazdem do taty spędziłam dłuższą chwilę przed półkami, zastanawiając się, co ze sobą zabrać do czytania i w rezultacie stanęło na Bułhakowie, Pilchu i Gwiaździstym bilecie Aksionowa. Machnęłam dwie pierwsze i zabrałam się za trzecią, gdy podiwanił mi ją Ojczasty. A zaczęła mi się podobać! Teraz nie wiem, kiedy ją odzyskam i skończę :) Sytuacja wygląda tak, że do pociągu ani myślę wsiadać. Dwa razy zabrał mnie samochodem brat i odwiózł z powrotem, ale jak będzie dalej, nie wiadomo, zwłaszcza w kontekście pracy - byłam rozmawiać na ten temat, ale wiele nie ustaliliśmy, Derechcja wrzuciła tylko wstępnie, że 3 razy w tygodniu miałabym przychodzić. Jeśli tak, to trochę komplikuje koncepcję, że brat by mnie zabierał wracając skądyś z weekendu w niedzielę wieczorem czy w poniedziałek rano, jak ostatnio - i odwiózł w środę wieczorem... No, ale to jego problem, bo tu chodzi o to, żebym ja POSPRZĄTAŁA :) Jak ktoś ma obie lewe rączki, to niech się głowi. Pomysł, żeby jakąś kobietę zawołać w tym celu, średnio mi się podoba w dobie pandemii...

Ale nie o tym mowa ma być, tylko o książkach. Dziwna sprawa - jak jestem w Dżendżejowie, czytanie mi idzie bardzo szybko. Zastanawiałam się, skąd się to bierze. I chyba wiem. Dwa czynniki grają rolę. Pierwszy to brak komputera i internetu :) nic mnie nie odrywa od lektury - w domu, zwłaszcza teraz, w pandemii, utarło się tak, że laptop jest włączony calutki dzień, od wstania do 20.00. Ósma wieczorem to ten święty czas, kiedy zabieram się za kino. I tu dochodzimy do drugiej przyczyny: że zostaje mi teoretycznie godzinka na czytanie, po filmie - o 23.00 MUSZĘ zgasić światło (bo później w ogóle nie zasnę). Teoretycznie, a w praktyce jeszcze mniej - łazienka, ostatnia herbatka etc. Natomiast tam u taty raczej nic nie oglądam - zawsze mam ze sobą pendrive'a na wszelki wypadek, ale rzadko korzystam, bo... nie umiem już patrzeć na filmy na telewizorze :) za mały obraz i w ogóle... Tak więc czasu na czytanie w Dżendżejowie nie brakuje (a w domu owszem).


Że wybitne dzieło, to hm, trzeba to potraktować jako typowy zapis blurbowy wydawcy, wiadomo. Ale - w przeciwieństwie do poprzedniego razu (bo przeczytałam Powieść teatralną po raz drugi) - spodobała mi się. Odnalazłam w niej o wiele więcej punktów stycznych z Mistrzem i Małgorzatą niż za pierwszej lektury (przed dziesięcioma laty) czy wręcz "mistrzowski" klimat. Wielka to szkoda, że powieść nie została ukończona, czyta się to ostatnio zdanie:
Zżerany miłością do Teatru Niezależnego, chodziłem wieczorami na przedstawienia...
odwraca się kartkę, a tu ŁUP... nie ma dalszego ciągu... spis treści...

Przedmowę zamieszczę w całości:

Dość logiczne, prawda?

To co prawda Moskwa sto lat temu, ale myślę, że dla miłośników teatru pozycja obowiązkowa i dziś w Warszawie. I wiadomo chyba, kogo tu mam na myśli, prawda?
:)

Początek:
Koniec:


Trzeba będzie kiedyś się zabrać za ten Dziennik, myślę, że odpowie na wiele pytań, które się rodzą podczas lektury Powieści teatralnej. Ale jeszcze nie teraz - w piątek przywlokłam z biblioteki pięć książek, leżą na kwarantannie :) A miałam nic nie pożyczać! No, ale nieostrożnie zaczęłam przeglądać biblioteczne nowości i oto rezultat.

Wyd. Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 1994, 166 stron
Tytuł oryginalny: Театра́льный рома́н /Запи́ски поко́йника
Przełożył: Ziemowit Fedecki
Z własnej półki (kupione w antykwariacie 17 kwietnia 1996 roku za 4,50 zł)
Przeczytałam 17 sierpnia 2020 roku

O powieści na rosyjskiej Wiki - tutaj.

piątek, 21 sierpnia 2020

Halina Snopkiewicz - Drzwi do lasu


Miałam jeszcze te Drzwi do lasu pożyczone z biblioteki, więc zabrałam się za nie, aczkolwiek z dużą dozą niechęci, po katastrofie, jaką byli Paladyni tej samej autorki. I z najgorszymi przeczuciami.
Tymczasem... tymczasem, jak to nieraz bywa, gdy przewidujemy najgorsze, Snopkiewicz mnie mile zaskoczyła. Czytało się to bardzo dobrze (więc szybko), historia wciągnęła i nie była specjalnie udziwniana filozoficznymi rozważaniami... no, do pewnego momentu :)
Jednak autorka miała predylekcję do romansowych historii, jak widać z początku poniżej, sadzi kocopoły o babce bohaterki, no, takie coś może zainteresować jedynie wielbicielki XIX-wiecznych romansideł, ale potem na szczęście przechodzi do właściwej Anny i powieść rusza z kopyta. Jest interesująca przez osadzenie w konkretnym czasie i miejscu: ojciec Anny zarządza tartakiem dziedziczki Molendowskiej w przededniu II wojny światowej, matka ma większe ambicje, a dziewczynka jest właściwie pozostawiona służącej Jadźce i samej sobie. I ten świat widziany oczyma dziecka, świat otaczających ją dorosłych, tak niezrozumiałych, i świat wiejskich dzieci, z którymi też ciężko znaleźć wspólny język, bo zbyt wiele je dzieli, by mogły się naprawdę zaprzyjaźnić - ten świat jest świetnie opisany.
Podobało mi się bardzo - ale jak mówię do pewnego momentu. Dwie trzecie książki to była czysta przyjemność lektury, a końcówka to znów te dylematy, niczym w Paladynach. Rozum mi mówi, że istotnie problem tego rodzaju, czy wyjść za mąż za syna prawdopodobnego zabójcy ojca Anny, to nie w kij dmuchał. Ale wczuć się w to nie mogłam. Sprawę ratowała Jadźka - świetna postać prostej dziewczyny, która też swoje etyczne dylematy musiała rozstrzygać i która w gruncie rzeczy była drugą (jeśli nie pierwszą!) matką dla Anny.

Tak że - w sumie zadowolonam i postanowiłam jeszcze przeczytać ten Piękny statek, który mam w domu. Nie od razu, ale kiedyś.
O okładce NIC litościwie nie powiem.

Początek:
Koniec:

Wyd. Hamal Books, Łódź 1994, 189 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 15 sierpnia 2020 roku


Byłam kilka dni u taty i przy okazji zajrzałam do cystersów obadać sprawę tego tajemniczego zegara słonecznego, o którym czytałam w Był sobie czas niedawno. Zegar zaprojektowany i wykonany przez Przypkowskiego w wirydarzu klasztornym.
Wirydarz przedstawia się tak:
Jak widać, ani śladu zegara.
Ale obok jest furta, więc poszłam ponudzić. I dowiedziałam się, że zegar jak najbardziej był, ale jakieś 15 lat temu go... zatynkowano!
Ponoć była to decyzja wojewódzkiego konserwatora.
No, witki mi opadły.
Do końca może tak nie było lub ten dziadek, który tam na furcie dyżurował, nie znał szczegółów, nie wiem. Wolałabym myśleć, że były poważne przyczyny dla takiego ruchu.
W każdym razie zegar był kiedyś na murze po prawej stronie, obok okna:
Takie siupy.

niedziela, 16 sierpnia 2020

Ota Hofman - Pohádka o staré tramvaji

Więc człowiek po to rano myje głowę z planem na przedwieczorny sierpniowy niedzielny spacer, żeby się nagle wzięło i ściemniło, rozegrzmiało, rozpadało? Kurde.
Nawiasem mówiąc słów wzięło i zrobiło użyłam specjalnie, mam sentyment do tej językowej niezręczności od lat, gdy kiedyś słuchając Psiapsióły z Daleka odkryłam, że to nie tylko po polsku tak się używa, a ona się strasznie zawstydziła :)

No to myślę - wykorzystam tę godzinkę na pościk na książkowego. Skoro mam dwa blogi, musiałam je sobie ponazywać - jest książkowy i jest praski. Gdy tutaj szykowałam zdjęcia, uświadomiłam sobie, że o tej książce i filmie mogę też machnąć posta na praskiego, ale to już nie zdążę teraz, bo za chwilę kino.
No właśnie, zaczęło się od filmu. Oglądałam jakiś dokument o praskich tramwajach, a tam wspomniano o tej Bajce o starym tramwaju, znalazłam więc i obejrzałam z dość dużą przyjemnością...


A potem odkryłam, że jest książka i w dodatku była w ofercie Ulubionego Antykwariatu, gdy robiłam ostatnie zakupy! Autora już znam, bo czytałam jego Pana Tau (o obejrzeniu serialu nie wspominając), a potem Chobotnice z Čertovky. I jeszcze coś tam mam w zanadrzu.


To historia małego Frantíka, który przyjeżdża do Pragi z wioski, spotyka miejscowego łobuziaka, odkrywa stary tramwaj Terezkę (po czesku tramwaj jest rodzaju żeńskiego), który rdzewieje gdzieś sobie bezużytecznie i postanawia go pięknie odmalować. A wtedy wdzięczna Terezka zaczyna go wozić po całej Pradze. Ale łobuziak Pepík czyha...

Pojeździłam razem z Frantíkiem, ze wzruszeniem patrzyłam na znaną mi stację Praha-Vršovice (której zdjęć będę musiała poszukać do postu na tamtym blogu), a wzruszenie to wynika z faktu, że mieszkałam kilkakrotnie niedaleko, ale cóż, to se nevrátí.
A wspominana niżej stacja Praha střed już nie istnieje... to znaczy nazywa się inaczej, wróciła do poprzedniej nazwy Masarykovo nádraží.
Dzięki książce zrozumiałam, dlaczego bohater jadł obiad w jakimś przedszkolu, z młodszymi dziećmi, z filmu tego nie załapałam. Jak widać - rozwija wszystko :) Może gdybym znów film obejrzała, coś by mi się jeszcze rozjaśniło... ale chcę się dziś poświęcić kinu radzieckiemu, które leży odłogiem co najmniej od miesiąca, jak nie dłużej.

Początek:
Koniec:

Nie ma zdjęcia półki, bo jest taka sprawa... to aktualnie JEDYNA moja książka bez stałego przydziału miejsca ;) Cały ostatni zakup rozdysponowałam i tylko to zostało - ze względu na format, bowiem jest dość szeroka, a nowe czeskie stanęły na półkach, gdzie upchnięte są dwa rzędy, ale obliczone na "normalne" gabaryty. Ta po prostu sporo wystaje, no a mój drobnomieszczański zmysł do porządku nie pozwala na takie fanaberie. Czyli muszę jeszcze nad tym pomyśleć, rozwiązanie się znajdzie - wystarczy z tylnego rzędu usunąć (upchnąć gdzie indziej) jedną książkę o tej samej grubości :)

Wyd. Albatros Praha 1979, 158 stron (pierwsze wydanie w 1961 roku)
Z własnej półki (kupione 6 sierpnia 2020 roku za 55 koron)
Przeczytałam 14 sierpnia 2020 roku - czterdziesta i czwarta po czesku!

sobota, 15 sierpnia 2020

István Örkény - Rodzina Tótów

W zeszłym roku znalazłam na półce w Jordanówce ten tom i choć był to już czas, kiedy niby książek nie kupuję, zabrałam. Bo raz, że węgierska (a mam słabość do Madziarów), a dwa, że teatr (prędzej coś przeczytam, niż na scenie obejrzę). Podczas porządków udało się ją upchnąć gdzieś pod sufitem, ale i zakodowałam sobie w głowie, że mam kiedyś się za to zabrać.
Sięgnęłam więc - z myślą o Magdzie Szabó.


Ale po przeczytaniu wstępu się Magdy Szabó przestraszyłam, bowiem okazało się, że ubrała swych bohaterów w historyczny kostium, którego z zasady się boję, a tu jeszcze co się okazuje - połowa X wieku! No nie!
Wobec tego padło na Rodzinę Tótów.


We wstępie było zachęcająco...

I wszelkie oczekiwania sztuka spełniła.
Polska Wiki podaje, iż:
István Örkény (ur. 5 kwietnia 1912, zm. 24 czerwca 1979) - węgierski prozaik i dramaturg.
W czasie II wojny światowej służył w szeregach armii węgierskiej na froncie wschodnim. Trafił do radzieckiej niewoli, w której przebywał do 1947 roku. Był autorem utworów utrzymanych w konwencji groteski i absurdu, często poddających analizie mechanizmy działania tyranii. Do głównych dzieł należą powieści (m.in. Wystawa róż, 1967), dramaty (Rodzina Tótów, 1967) oraz miniatury prozatorskie i opowiadania.
Czeska jest nieco obszerniejsza - po węgiersku nie podejmuję się czytać :) - i zamieszcza frazę o tomie Zabawa w koty, który mnie dość zainteresował:
Kočičí hra, 1963 – tragikomedie, hra o dvou stárnoucích sestrách, jedna z nich je pořádkumilovná a druhá má neuspořádaný život, ale přesto je to ona, kdo má nakonec více sil k boji za plnohodnotný život. Örkény tuto hru napsal nejprve jako filmovou anekdotu, až později ji zdramatizoval pro divadlo. Byla přeložena do velmi mnoha jazyků a je často hrána v různých evropských i amerických divadlech.
I teraz jestem głupia, bo to przecież sztuka, a na Lubię czytać podają, iż tom Zabawa w koty zawiera 39 opowiadań. To ja już nie wiem. I w najbliższym czasie się nie dowiem, bo co prawda w Bibliotece Kraków książka jest, ale, jak się można było spodziewać, w Nowej Hucie... całe szczęście w sumie, że ta akurat filia jest ciągle nieczynna, bo jeszcze, nie daj Boże, bym się uparła, żeby jechać i umarła znów na rowerze :)
Wrzuciłam na wirtualną półkę, kiedyś zobaczymy.
A Rodzina Tótów trochę mi jakby przypominała tę czeską słynną powieść, której tytułu właśnie sobie nie mogę uświadomić (coraz gorzej ze mną), a przecież i film znany... No nic, w każdym razie spodobał mi się ten absurd, z jakim pokazał autor przemoc władzy. O ilości skojarzeń, jakie się nasuwały podczas lektury, lepiej nie mówić...




Początek:

Koniec:

Czy Wy też uważacie, że napisy na grzbietach książek powinny być generalnie w jedną stronę? O ileż by to uprościło życie czy to w księgarni czy w bibliotece... czy też we własnym domu! To odwracanie głowy raz w prawo raz w lewo może przecież spowodować szkody zdrowotne!

Wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1982, str. 327-419
Tytuł oryginalny: Tóték
Przełożyła: Camilla Mondrai
Z własnej półki (zdobyte 3 października 2019 roku)
Przeczytałam 13 sierpnia 2020 roku

Dawno mnie żadna wiadomość tak nie ucieszyła...
W ostatniej chwili :) Następnego dnia mój brat miał przywieźć ojca i jechać w rajzę. Nie żebym się cieszyła z cudzego nieszczęścia, ale umówmy się - żadne to nieszczęście, że się tego lata nie pojedzie do Norwegii :)
Ciągle my z ojcem musimy ponosić koszty tych jego wyjazdów. A wydarzenia z marca nic go nie nauczyły najwyraźniej, skoro się znów pchał. Bileciki na prom przepadły, ale za głupotę trzeba płacić, prawda?

Za to inne wiadomości, nadchodzące cały czas z Białorusi, przejmują okropnie. Martwię się, a jednocześnie podziwiam, że inni potrafią się upomnieć o swoje. Pewnie, że mają już za sobą ćwierćwiecze tych rządów, a my o wiele mniej...

środa, 12 sierpnia 2020

Katarzyna Kobylarczyk - Był sobie czas


Małopolski Instytut Kultury corocznie wydaje taką publikację w ramach Małopolskich Dni Dziedzictwa Kulturowego. Nie wiem, od kiedy, ja mam pięć takich książeczek, począwszy od XVIII edycji Dni. Można je było wycyganić w siedzibie Instytutu, co też skwapliwie uczyniłam.


To wydanie poświęcone było koncepcji czasu. Albo inaczej - zwykły zestaw zabytków, otwartych dla zwiedzających z okazji kolejnych Dni, ale opisany przez tajemniczego Zegarmistrza - nabrał całkiem nowego wymiaru. Doprawdy, można się po wielekroć zadumać, nie tylko nad łacińskimi sentencjami...




Szczególnie mnie zainteresował rozdział dotyczący mojego rodzinnego miasta. O doktorskiej bryczce opowiadała mi jeszcze babcia.
A zegar słoneczny w cysterskim wirydarzu mnie zaskoczył. Nic takiego nie pamiętam. A wygląda wręcz na to, że dewizę tam umieszczoną wzięłam sobie mocno do serca, skoro tak bardzo staram się czas wykorzystywać, skoro nawet nie umiem wypoczywać bezczynnie... dziwne.

Początek:
Koniec:

Na półce pokutują jeszcze biblioteczne niedobitki, będzie tam przemeblowanie, bo muszę przecież gdzieś poupychać te najnowsze czeskie zakupy. Nawet myślałam zrobić to dzisiaj, bo jutro brat miał przywieźć tatę "na przechowanie" i chciałam posprzątać z podłogi - ale co się okazuje? Po obiedzie telefon, jednak nie pojedzie do tej Norwegii, zdaje się, że wpisują Polskę na czarną listę covidową, możliwe, że od niedzieli, a on ma bilet na prom właśnie na niedzielę. Oczywiście za bilet mu nikt nie odda, ale dobrze mu tak, skoro bezmyślnie planuje podróże w taki czas, marcowa Jordania go niczego nie nauczyła, ech...
Obie z córką się w każdym razie cieszymy z dalszej wolności :)


Wyd. Małopolski Instytut Kultury, Kraków 2015, 142 strony
Z własnej półki (wycyganione z MIK 29 sierpnia 2019 roku)
Przeczytałam 11 sierpnia 2020 roku

Czas w MIK przed rokiem...

niedziela, 9 sierpnia 2020

Mariusz Szczygieł - Láska nebeská


Niedzielny poranek przywitał mnie
a/ globusem, który jednakże został zlikwidowany w zarodku przy pomocy nieocenionej Sumigry (aczkolwiek siedzę teraz w charakterze tzw. tępej dzidy i myślę, że dobrze byłoby iść się umyć - ale nie mam siły)
b/ wiadomością o tragicznym pożarze w Bohuminie.
No, to już mnie dotyka prawie osobiście, bo Bohumin to moja stacja przesiadkowa w drodze do i z Pragi. Oczywiście guzik o nim wiem, jestem tam pół godziny i w tym czasie nie wędruję z tobołami po mieście, więc nawet nie miałam pojęcia, że są tam 13-piętrowe bloki. Otóż na 12-tym piętrze wybuchł wczoraj pożar, w wyniku którego spłonęło 6 osób plus kolejne 5 zginęło wyskakując z balkonu. Ponoć brakowało dosłownie kilkudziesięciu sekund, żeby strażacy zdążyli rozpostrzeć ten materac ratowniczy na dole... Drugie ponoć, że najprawdopodobniej podpalenie (niesnaski sąsiedzkie - wyobrażacie to sobie???). A trzecie ponoć, już moje własne, że kto wie, czy nie Romowie, tym bardziej, że blok komunalny...
Pomyślałam przy tej okazji o tym, że człowiek zatrzymuje się wiele razy w jakiejś miejscowości, a ogranicza się do stacji kolejowej i dalej nie wie o niej nic. No ale! Co niby? Miałabym sobie tam zarezerwować nocleg i poświęcić jeden dzień zwiedzaniu? Trochę by mi to wyglądało tak, jak by na przykład Monika Julita w drodze do Krakowa postanowiła wysiąść w Sędziszowie i pozwiedzać.
Nie mówię nie, nie mówię, że należy zwiedzać tylko Kraków czy Pragę... i gdybym się poruszała samochodem, to ho ho, różne już bym hocki-klocki odstawiła. Ale nie pociągiem, z walizami. I nie w tak ograniczonym czasie, jaki mam zawsze do dyspozycji. A szkoda przecież.
A' propos Moniki Julity - HAPPY BIRTHDAY TO YOU!!!!

A dziś artykuł (klik) właśnie o podróżowaniu, a raczej o masowej turystyce, w którą się podróżowanie zamieniło... generalnie zgadzam się z większością tez. Tym, co koniecznie muszą na weekend do Lizbony, dawałabym... no może nie w łeb od razu, ale najpierw obowiązkowo do przeczytania kilka książek o dewastacji i dehumanizacji, jaką taka turystyka powoduje. Potem niech już decydują.


No dobrze, a teraz przejdźmy do Szczygła.
Ja w ogóle nie wiem, jak to się stało. Książkę mam od 2012 roku, a w spisie przeczytanych tu na blogu nie figuruje. Z drugiej strony WYDAJE MI SIĘ, że ją znam. Może podczytywałam w kawałkach? Trochę tak jak Nie ma, które też czeka na całościową lekturę, choć w ogólnych zarysach znam...
I takoje sowpadienie: przeczytałam to Kapryśne lato, dalej nie mogłam usnąć, więc sięgnęłam w środku nocy przypadkowo po Szczygła, bo stał blisko - a tam o Kapryśnym lecie właśnie! O tłumaczeniu. Bowiem to wydane przez Agorę jest drugie, wcześniej przełożył tę powieść Zdzisław Hierowski i tak trochę wychodzi na to, że lepiej. Ale ogólnie język Vančury jest ciężko przekładalny.
Szczygieł pisze o innych czeskich książkach, bo to felietony, które wychodziły równocześnie z tą serią Agory. Ale nie byłby Szczygłem, gdyby te powieści nie stawały się pretekstem do snucia innych historii. A ostatnia część poświęcona jest postaci Jary Cimrmana czyli największego Czecha.
Nawiasem mówiąc, szukając w googlu frazy Láska nebeská do skopiowania (te znaki diakrytyczne...) odkryłam, że taki jest również czeski tytuł filmu To właśnie miłość :)


Początek:
Koniec:

Na półce są same czeszczyzny, a po lewej stronie świetny, choć straszliwie mroczny i depresyjny, serial Pustina, który siłą woli wymogłam na przewodniczce podczas zwiedzania praskiej siedziby HBO :)

Wyd. Agora SA, Warszawa 2012, 165 stron
Z własnej półki (kupione 7 marca 2012 roku za 22,49 zł)
Przeczytałam 6 sierpnia 2020 roku


NAJNOWSZE NABYTKI

Po odczekaniu trzech dób mogę się wreszcie cieszyć nowymi nabytkami z Pragi.
Sztuk 28, w tym jedna dość okazała, mianowicie Encyklopedia czeskiej historii. Tania była, a uznałam, że wypadałoby móc coś sprawdzić od czasu do czasu niekoniecznie w internecie.
Zapłaciłam za całość 207,85 zł, następnie przyszło zrobić przelew za najbliższy semestr kursu czeskiego i teraz myślę, że może by przystopować? Tym bardziej, że przede mną zadanie rozmieszczenia GDZIEŚ tych 51,5 cm książek :)
Ale najpierw przyjemność przeglądania, trochę odczyszczenia niektórych okładek czy podklejenia obwolut.
Jeśli chodzi o pragensie, to są tu jedynie trzy rzeczy tematyczne, reszta to wolna amerykanka: trochę dziecięco-młodzieżowych, trochę kryminałów, dużo filmowych.


Taka mnie mała przygoda spotkała...
No, w dobie pandemii i siedzenia na czterech literach do miana przygody urasta przebicie dętki w rowerze (nie chwaliłam się? moje pierwsze! sześćdziesiąt pięć złotych, nawiasem mówiąc - kartę na tramwaj na cały miesiąc bym miała). Więc i to, co mnie spotkało z okazji paczki z Pragi też tak nazwę. Tyle że postanowiłam o tym napisać na praskim blogu, więc nie będę dublować. Kto ciekawy, niech wsadzi nos... do praskiego :)

To co, może by się jednak iść umyć? Czy tak całą niedzielę siedzieć w koszuli nocnej? A gdyby tak pożar i trzeba było uciekać?

piątek, 7 sierpnia 2020

Vladislav Vančura - Kapryśne lato

Sięgnęłam wreszcie po Vančurę, który czekał od lutego, co oczywiście nie jest niczym nadzwyczajnym - jeśli chodzi o własne książki (tutaj mierzymy czas w latach, ba, w dziesięcioleciach często gęsto), ale to egzemplarz biblioteczny, więc... więc pandemia mu sprzyjała w oczekiwaniu :)
Powiedzmy, że nadszedł jego czas z powodu tytułu.
Jest takie właśnie kapryśne lato, choć nie z powodu pogody, na tę nie możemy narzekać. Jeden z bohaterów powieści mówi:
- Tento způsob léta zdá se mi poněkud nešťastným...
i to doskonale dziś rozumiem, choć inne miał on powody do narzekań.
Dla mnie to oczywiście brak wyjazdu do Pragi. Nie żebym każdego dnia łkała od rana do wieczora, ale jednak... żal okrutny, tym bardziej, że zaczynam - powtarzam: zaczynam - zdawać sobie sprawę, że to może nie do końca jest tak, jak myślałam w kwietniu odwołując najpierw majową rezerwację, a potem sierpniowe. Że trudno, jakoś się ten rok przecierpi. Wygląda coraz bardziej na to, że to nie będzie tylko jeden rok. Ja wiem, że ludzie jeżdżą (co tu dużo gadać, mój głupi brat też się znów szykuje do podróży i chce mi podrzucić ojca), ale mam się trząść ze strachu na wyjeździe, to dziękuję bardzo.
Jedyne, co mnie troszkę podnosi na duchu, to że czas szczepionki się zbliża, powoli, ale jednak. Więc może w 2021?...


Tymczasem codziennie dawkuję sobie porcję (czyli po czesku várkę, śmiesznie, nie?) starych, ale jarych reportaży praskich Z metropole, jadę do tyłu i jestem w kwietniu 2018 roku, przede mną jeszcze 600 sztuk :) Dowiaduję się z nich mnóstwa pożytecznych rzeczy, no ale nie zapisuję do kajecika, gdzie iść i co zobaczyć, skoro to tak odległe.

Trzej starsi panowie z Kapryśnego lata nie mają takich problemów. Życie na prowincji toczy się powoli, w rytm pór roku, w rytm słońca i deszczu, a oni, aczkolwiek toczą napuszone rozmowy nie tylko o codziennych sprawach, ale i o kwestiach ducha, nie tęsknią za dalekimi krajami - tym bardziej, że one same do nich przychodzą, przybierając postać magika, który na rynku będzie pokazywał chodzenie po linie i inne sztuczki, ale który przede wszystkim pojawia się w towarzystwie asystentki - pięknej młodej dziewczyny. Anna będzie uosabiać to piękno i młodość, która już do starszych panów nigdy nie wróci - czyż można się dziwić, że każdy z nich spróbuje jeszcze po nie sięgnąć, nawet ryzykując cielesnymi obrażeniami?
Czy jednak się uda czy nie, w gruncie rzeczy nie ma to znaczenia, lato trwa dalej,trzeba znów zamoczyć nogi lub wędkę w rzece, zjeść utopenca i popić czerwonym winem...

Początek:
Koniec:

Ta krótka powieść powinna dla mnie stanowić jakieś ostrzeżenie - że źle robię cały czas wyznaczając sobie cele i trawiąc dni na ich realizacji. Chyba.

Wyd. Agora SA, Warszawa 2011, 81 stron
Tytuł oryginalny: Rozmarné léto
Przełożył: Józef Waczków
Z biblioteki
Przeczytałam 5 sierpnia 2020 roku

Książka wyszła w serii Literatura czeska z DVD, i o dziwo płyta była dołączona do bibliotecznego egzemplarza (może przez niedopatrzenie, jestem bowiem pierwszym czytelnikiem) - mówię to dlatego, że już coś z tej serii kiedyś pożyczałam i płyty nie było - więc skorzystałam z okazji i obejrzałam film ponownie. Rozkoszny.


Na szczęście mam to i tak w domu, więc pewnie jeszcze kiedyś wrócę :)


Przyszły wczoraj książki z antykwariatu w Pradze, ale są w przedpokoju na kwarantannie. Tak że następnym razem!

środa, 5 sierpnia 2020

Halina Snopkiewicz - Paladyni

O rany, rany.
Co za... No dobrze, nie chcę używać tu słów powszechnie uważanych itede, ale cisną się, cisną.
Lilka Sagowska ze Słoneczników niewątpliwie miała tendencję do górnolotnych słów, ale tutaj, w tej kontynuacji, przeszła nie tylko samą siebie. Widać nie bez kozery ten początkowy cytat z Prousta :)
Po kilku pierwszych stronach byłam o krok od ciśnięcia książką o podłogę i to z dużą prędkością początkową. Jakoś je jednak zmogłam, potem akcja ruszyła, ale powiem tak - NIGDY WIĘCEJ. Znaczy tych Paladynów nigdy więcej, bo co do samej Snopkiewicz, to może jeszcze... choć jeśli w takim kierunku się rozwijała, to dziękuję bardzo.
Aż zajrzałam do słownika w sprawie tytułu, właściwie do kilku, każdy powtarzał rycerzy króla Artura, ale dopiero jeden Kopaliński dał dodatkową wykładnię:
A więc wierny towarzysz broni.
To teraz zagwozdka: o kim tu mowa, tym bardziej, że w liczbie mnogiej? Jasnym jest, że wymowa jest ironiczna, ale czy chodzi o całość otoczenia Lilki? Czy o wybrane osoby, te, które ją najbardziej zawiodły?
Ogólnie jednak mam wrażenie, że bohaterka jest histeryczką, dzieli wiecznie włos na dziesięcioro wręcz i doprawdy nie pojmuję jej problemów. Znaczy tak do końca.

Wydanie to druga sprawa nieprzyjemna. Paskudne takie, co widać już po okładce. Cóż, lata 90-te, raczkujący kapitalizm, firmie z Łodzi udało się namówić (pewnie córkę autorki) na zgodę na ponowną publikację twórczości Snopkiewicz i poszło! W związku z tym w bibliotece nie ma starszych wydań, tylko to. Nie dość, że drobna czcionka, to jeszcze kupa byków.
Tu mi się jeden spodobał :)
Że taki mały pigularz czyli farmaceuta?
:)
Znam zresztą kogoś, kto mówi puligares, więc...

Mam wrażenie, że mi się w ogóle odechciało czytania.
Z wielką przyjemnością łapię więc teraz za klucz i idę do biblioteki toto oddać, pozbyć się jak najszybciej.

Początek:
Koniec:

Wyd. Hamal Books, Łódź 1994, 168 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 4 sierpnia 2020 roku