sobota, 22 grudnia 2012

Francis Scott Fitzgerald - Odwiedziny w Babilonie

No i pięknie. Podgotowałam sobie notkę w pracy, w sensie zeskanowałam skrzydełka obwoluty i załadowałam do roboczego postu, żeby go już tylko wypełnić treścią po przeczytaniu książki... no i zaraz, jak tylko zaczęłam pisać, wykonałam jakiś nieostrożny ruch na klawiaturze i masz! Znikło wszystko jak sen jakiś złoty! Zawartości skrzydełek nie odtworzę, bowiem skanera w domu nie posiadam, ale obiecuję, że dołożę po Świętach :)
Tu notka o autorze:

Tutaj spis treści:

A tutaj plany wydawnicze serii NIKE na 1963 rok:


No. A teraz może przystąpię do wrażeń z lektury.
Po pierwsze przede wszystkim muszę się bijąc w piersi przyznać, ze jestem wielką wielbicielką jednego dzieła Fitzgeralda - jak się łatwo domyślić - Wielkiego Gatsby'ego. Wielki Gatsby jest dla mnie top nad topy i w ogóle nie mogę pojąć, jak komuś się może nie podobać (a są tacy, jak czasem czytam na blogach). Wiadomo, że jak się upodoba jedną książkę pisarza, to inne już mniej przypadają do gustu. Po drugie: opowiadania nie są moją ulubioną formą literacką, jak już nieraz zaznaczałam :) Ale to się zmienia. Tym bardziej, gdy ma się do czynienia z prawdziwym mistrzem nowelistyki, a za takiego na pewno można uznać Francisa Scotta Fitzgeralda. Zdaje się, że napisał ich 160 czy coś koło tego. Tutaj mamy wybór 13 opowiadań: mam takie wrażenie, że tytuły niektórych z nich widziałam wydane osobno, tak jakby w serii z Kolibrem (Diament wielki jak góra, Berenika obcina włosy). Ale głowy nie dam.

Część z nich osadzona jest w realiach Nowego Jorku, niektóre w innych częściach Stanów Zjednoczonych, a dwa w Paryżu, tej Mekce Amerykanów po I wojnie światowej. Zwłaszcza opowiadania paryskie wydają mi się odbiciem autobiografii pisarza: alkoholizm, problemy z żoną, ukochana córka, bogate życie towarzyskie. Tytułowe opowiadanie to właśnie opis tego życia z perspektywy dwóch lat, kiedy to bohater wziął się w garść, przestał pić, znalazł dobrze płatną pracę i usiłuje odzyskać swą córkę, do której prawa ojcowskie utracił na rzecz swojej szwagierki.
Moje dwa ulubione opowiadania z tego zbioru to Berenika obcina włosy i Bal dziecięcy, świetnie uchwycona psychika kilkunastoletnich dziewcząt, w wieku, kiedy najważniejsze jest podobanie się chłopcom i młodej matki, zapatrzonej w swoje dziecko i wplątującej się z tego powodu w konflikt z sąsiadami.
Z dziesięć matek i każda wpatrzona w swoje dziecko. Dzieciaki tłuką wszystko i łapią za tort, potem każda matka wraca do domu rozmyślając o ileż jej dziecię jest subtelniejsze i mądrzejsze od wszystkich innych dzieci.
Och, mówię Wam, jak ja nie cierpiałam wysiadywania z małym dzieckiem na osiedlowym placu zabaw! Dziecko w piaskownicy, ale obok na ławce te mamusie! Każda z potokiem wymowy, co dziecko zjadło i co już mówi. Pod tym względem fajnie, że to se ne vrati :)

Znakomicie wypada również ujęcie skomplikowanych uczuć młodego, bo 15-letniego zaledwie autora sztuki teatralnej w opowiadaniu Schwytany cień. Sztuka zostaje wystawiona w amatorskim oczywiście wykonaniu, wszystko poszło znakomicie, dopytuje się nawet o niego reporter z gazety, ale Basil poczuł wielką pustkę w sercu. Skończyło się, przyszło i przeminęło - cała ta praca, wysiłek i zapał. Pozostało uczucie pustki, przypominające strach. Znam doskonale to uczucie nagłej pustki, gdy już wykonam zadanie, nad którym się napracowałam...

Kącik cytatów czyli rozwijamy się
W hotelu Charlie znalazł list z poczty pneumatycznej, nadany z baru Ritza, gdzie zostawił swój adres w celu odnalezienia pewnego człowieka.
Ach, ta paryska poczta pneumatyczna. Pamiętam, jak nad tym dumałam, czytając pierwszy raz Prousta, a było to w zamierzchłych czasach przedinternetowych. Odeta ciągle dostawała liściki pocztą pneumatyczną, a ja się zastanawiałam, jak to, u diaska, funkcjonowało. Nawet nie przypuszczałam, że wówczas jeszcze - a było to w 1980 roku - poczta pneumatyczna (czyli przesyłanie tubami za pomocą sprężonego powietrza) w Paryżu ciągle działała!
Dziś na szczęście mamy Wikipedię i ona to wyjaśnia pokrótce działanie tego wynalazku. Ogólnie rzecz biorąc, to był taki dzisiejszy e-mail :) Na francuskiej wersji Wiki jest więcej informacji.

Przeczytałam 22 grudnia 2012.

Jeszcze jedna dygresja mi się ciśnie (pod pióro). Seria NIKE - w momencie, gdy trzymam w ręku któryś z jej tomów i czytam - kojarzy mi się nieodparcie z poczuciem luksusu. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.
Otóż w dawnych dawnych czasach, jeszcze za PRL'u, byliśmy z rodziną chyba dwukrotnie u cioci ze Szczecina. Ciocia (właściwie kuzynka, no ale mówiło się do niej ciociu) miała męża-architekta, a mieszkali oboje (dzieci nie mieli) w willi. To znaczy tak mi się ten dom wówczas przedstawiał - mnie, wychowanej w bloku - a w rzeczywistości była to szeregówka, ale na planie litery L, co tworzyło na tyłach domu rodzaj patia, niewidocznego od sąsiadów. To patio, ten dom parterowy, nieduży (zawsze potem marzyłam o parterowym domu, nigdy piętrowym), z dwupoziomowym rozwiązaniem salonu połączonego z jadalnią (salon był położony o parę schodków poniżej części jadalnianej), z kominkiem trzaskającym ogniem, ścianą pokrytą barankowym tynkiem, a na niej takie wspaniałe półki z wielkich grubych kilkumetrowej długości dech wspartych na ręcznie kutych żelaznych wspornikach, a na nich z kolei kolekcja płyt, o których mi się nawet nie śniło (do dziś sobie nucę Tombe la neige Salvatore Adamo, tam właśnie słuchane) i książek, a wśród nich właśnie seria NIKE, której u mnie w domu było niewiele i przeglądałam kolejne tytuły pewnie z wypiekami na twarzy...
Ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi... ciocia z wujkiem się rozstali, w celu podziału majątku sprzedali dom, ciocia kupiła mieszkanie i przeniosła się do Warszawy, gdzie miała siostrę... a potem szybko umarła na raka. O wujku nigdy więcej nie słyszałam, możliwe, że jeszcze żyje.
Co stało się z tym domem, tymi płytami i książkami? Gdzie to wszystko zniknęło?
Wszystko tak szybko przemija. I po mnie nic nie pozostanie, książki pójda w rozsypkę, może córka sprzeda na allegro :)

Ech, smęcę coś chyba. Trochę się też martwię tym brakiem skanera w obliczu stycznia spędzanego w domowych pieleszach, ale może któregoś dnia załaduję siatkę książek (kręgosłup się ucieszy) i udam się na Zakład skanować hurtowo :) zrobiłam już plan na następny miesiąc: skromne 15 sztuk plus ewentualnie - jak się wyrobię - Saga rodu Forsyte'ów w ilości sztuk dziewięciu :)

Na biurku koleżanki, której już w Zakładzie nie ma, znalazłam kalendarz na 2011 rok kompletnie dziewiczy, a taki gruby, z tych, które mają jedną stronę przeznaczoną na każdy dzień, i już go zagospodarowałam, przeznaczając na drobne notatki okołołóżkowe (to już wiecie, że ja spędzam życie w łóżku) i wpisując pierwsze plany na ten nieszczęsny wolny styczeń: uzupełnić katalog książek, uprzątnąć stertę rozmaitych kser i wycinków z gazet do odpowiednich teczek, ZROBIĆ PORZĄDEK W SZAFIE (błeee, to jest najgorsze, no ale kiedy, jak nie teraz) no i czytać czytać czytać. Być może skończy się tylko na czytaniu :)

A teraz żegnam moich miłych Czytelników do jutra: zrobiłam dziś rano głupstwo - nakropiłam pościel - i teraz muszę ponieść konsekwencje czyli ją wyprasować!

PS. Ani słowa o stanie obwoluty! Ja obwoluty za nic w świecie nie wyrzucę! Aczkolwiek nie rozumiem, dlaczego ona tak wygląda? Może już kupiłam (w antykwariacie) taką sfatygowaną? Nie pamiętam, bo to było... 28 lat temu. A inna moja ukochana książka z serii NIKE czyli Śniadanie u Tiffany'ego, chociaż starsza, bo dostał ją mój Ojczasty w 1962 roku na imieniny i chociaż wyczytana tyle razy, stanowczo lepiej się prezentuje!

piątek, 21 grudnia 2012

Michał Bałucki - Błyszczące nędze

Drugi tom Pism wybranych Michała Bałuckiego i jego druga, w kolejności chronologicznej, powieść, z podtytułem Powieść współczesna. Jednocześnie Błyszczące nędze stanowią część epopei galicyjskiego drobnomieszczaństwa, na którą składają się, oprócz wymienionej, jeszcze Byle wyżej i Pańskie dziady (będę je czytać kolejno w lutym i marcu).
Mamy tu do czynienia z powieścią obyczajową. Pamiętamy, że najpierw Bałucki zajął się tematyką publicystyczno-polityczną? O tym traktowała jego pierwsza powieść Przebudzeni. Zapowiadał w niej nawet następną część, ale nigdy jej nie napisał. Bardziej leżał mu na sercu portret drobnomieszczaństwa, jego moralności i obyczajów. Błyszczące nędze były drukowane w 1870 roku w odcinkach w dzienniku "Kraj", założonym w 1869 roku jako alternatywa dla konserwatywnego "Czasu".

Przedstawił Bałucki w powieści te cnoty, które decydowały o być albo nie być drobnomieszczaństwa: umiarkowanie, zapobiegliwość, skrupulatność i zrównoważenie. Mamy tu losy trzech przyjaciół.
Głównym bohaterem jest Józef, syn zamożnego chłopa, początkujący adwokat. Jest to wzór cnót, kierujący się w życiu jedynie zdrowym rozsądkiem, a nie odruchami serca. Owszem, zakochuje się w Leonii, pochodzącej z lekkomyślnej rodziny utracjuszy, cierpliwie znosi jej nieeleganckie (wobec niego) zachowanie na balu - tańczy sobie Leonia bezczelnie z innym - ale postanawia to przeczekać, po to, by wychować sobie - pełną urojonej winy - potulną owieczkę, wzór cnót domowych. Razem tworzą IDEALNĄ RODZINĘ: ostoję mieszczańskiego dobrobytu, gdzie pani domu zajmuje się wychowaniem kolejnych dzieci i czuwa nad ogniskiem domowym, a także trudni się miłosierdziem, a Józef pracowicie buduje swoją karierę zawodową, by rodzinie niczego nie brakło.
Nawiasem mówiąc, od czego zaczął Józef przyuczanie małżonki do prowadzenia gospodarstwa? Od nauki szycia! Okazuje się, że bez szycia ani rusz. Pracowita pani domu, nawet przyjmując gości (oczywiście przyjaciół męża) siedzi sobie skromnie z boku i ściuboli cosik na tamborku czy tam obrębia niewymowne. Najważniejsze nie marnować czasu: zbytek wolnego czasu skutkuje zejściem kobiety na zła drogę!

Przyjacielem Józefa jest Kamil, malarz mieszkający z ukochaną matką. Kamil zakochał się w aktorce, helas. Dzięki temu poznajemy ten półświatek. Ludwika nie jest jeszcze zepsuta, wychowała się w tym środowisku, ale napawa ją ono obrzydzeniem i strachem, toteż korzysta z oferty Kamila i przeprowadza się do niego, zamieszkując w pokoiku matki. Jednak okazuje się, że nie potrafi przywyknąć do szarego codziennego życia: zły przykład wydał zepsuty owoc i Ludwika ulega namowom hrabiego Maurycego i ucieka razem z nim. Och, surowo ją los ukarze za brak kręgosłupa moralnego!
Kolejny nawias: Ludwika, cud dziewczę, nie ma ust - ma ustka. Żeby to chociaż usteczka, ale ustka???

Trzeci z przyjaciół to Ludwik, zdolny student, dzielnie zarabiający korepetycjami na swoje utrzymanie. Na swoje nieszczęście wpadła mu w oko piękna hrabianka Irena (siostra Maurycego). Hrabiostwo są oczywiście spłukani, Maurycy żyje pożyczkami z dnia na dzień, nie troszcząc się naturalnie o ich zwrot, ot, typowy przedstawiciel klasy próżniaczej w dekadencji. Maurycy właściwie wyjścia ze swej sytuacji nie ma: nie może wszak jako arystokrata pieprzu ważyć albo sądowych biur wycierać rękawem! Również Irena podlega wszelkim przesądom właściwym swej klasie: Ludwik jej się podoba, ale nie bierze pod uwagę możliwości poślubienia go, hołysza jakiegoś. Woli iść do klasztoru. Zrozpaczony Ludwik - żeby było śmieszniej - też obiera tę drogę - zostaje księdzem, robi nawet pewną karierę w tej profesji i w końcu zostaje kapelanem w klasztorze żeńskim (domyślamy się tu trochę zwierzynieckich norbertanek z opisu), gdzie... spotyka dawną hrabiankę Irenę, obecnie zakonnicę. I co? I miłość wybucha ponownie, Ludwik planuje nawet wspólną ucieczkę z klasztoru... no ale Irena wie, co to znaczy herb i obowiązki z niego wynikające, nie może wszak splamić nazwiska rodowego. W tej sytuacji Ludwik, za namową Józefa, postanawia zrezygnować z prywatnego szczęścia, ale podjąć walkę o reformy w kościele: chodzi o zniesienie celibatu. Czysta komedia :) chyba też reminiscencje słynnej w owych latach nie tylko w Krakowie sprawy zakonnicy Barbary Ubryk.

Ogólnie średnich to lotów literatura. Nabiera rumieńców jedynie tam, gdzie wkrada się jakiś akcent satyryczny. Typy są zbyt schematyczne i przewidywalne, jak żałosny koniec hrabiego Maurycego. Za dużo patosu i ubierania bohaterów w szaty antycznych bohaterów. Oczywiście, podczas lektury tropiłam ślady krakowskie - i ze zdziwieniem stwierdziłam, że jest ich bardzo mało. Można było choć ten wątek bardziej wykorzystać.

A tu zeskanowałam zdjęcie z wyklejki, przedstawiające Bałuckiego z przyjaciółmi:
Czy natchnienie do swej powieści czerpał również z ich losów? Mamy tu między innymi Matejkę.

Przeczytałam 20 grudnia 2012, w przeddzień końca świata :)


Obejrzałam wczoraj taki film radziecki... nazywał się Siemia Ulianowych/Семья Ульяновых (Rodzina Ulianowów) z 1957 roku, w reż. Walentina Niewzorowa.
Nie ma go na YT, mało tego, nie znalazłam ani słowa na jego temat w Małej Encyklopedii Kina Radzieckiego, a to już ewenement.
Film opowiada o młodych latach Lenina, spędzanych wraz z rodziną w Symbirsku. Tak naprawdę to tylko jeden rok - 1887 - ale bardzo znaczący w życiorysie przyszłego "wodza proletariatu".
Ostoją rodziny jest matka, prawdziwa opoka. Ojciec nie żyje już, ale cała rodzina cieszy się wielkim szacunkiem wśród miejscowej inteligencji.
Członkowie rodziny bardzo się kochają i są sobie bez reszty oddani. Najstarszy syn Aleksander studiuje w Petersburgu.
Wołodia podejmuje się - wbrew zdaniu dyrektora gimnazjum, do którego uczęszcza - przygotowania do egzaminów uniwersyteckich młodego nauczyciela pochodzącego z ludu.
W ten sposób poznaje tych ludzi i przejmuje się ich losem.
Tymczasem Sasza bierze udział w demonstracjach antycarskich.
Nie kończy się na tym - zostaje aresztowany pod zarzutem przygotowywania spisku na życie cara Aleksandra III. Matka udaje się z próbą interwencji do jakiegoś czynownika - nie poniała ja, kto to dokładnie był - ale spójrzcie tylko na te wąsy i bokobrody! no genialne :)
Mówią jej, że jeśli syn wyda współautorów spisku, zostanie uwolniony, ale dzielna matka odrzuca z oburzeniem pomysł zdrady!
Sasza zostaje stracony, a matka ma jeszcze na tyle siły, by pójść odwiedzić w więzieniu córkę, też konspiratorkę. Chciałoby się wręcz powiedzieć: matka-Polka! I nie byłoby to od rzeczy, bo jej ojciec był co prawda Żydem, ale pochodził z Żytomierza :)
Wołodia ciężko przeżył śmierć brata, ale zrozumiał przy tym, że należy iść inną drogą. Wyjeżdża na studia do Kazania.

Nota bene, zdaje się, że tak naprawdę matka Lenina była postacią cokolwiek dwuznaczną moralnie, jeśli nie wręcz jednoznaczną... no ale film - wyłączając jego wiarygodność historyczną - zrobiony bardzo porządnie, a postaci zagrane dość przekonywująco. Wyobrażam sobie zresztą, jak bardzo ryzykowna była praca przy tego rodzaju filmie, na ileż absurdalnych zarzutów można się było narazić... a odmówić się nie dało!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wil Lipatow - Lato zielonej gwiazdy

Ja wiedziałam, że to będzie coś ładnego! Do tego stopnia czułam, że wcześniej zaczęłam szukać informacji o autorze w rosyjskim internecie (w polskim nie ma). Na Wikipedii był biogram zawierający tytuły jego powieści, tak się rozpędziłam, że znalazłam niektóre w oryginale tutaj i - mało tego - zaraz sobie wydrukowałam jedną.
Bo okazało się, że mam film nakręcony według tej powieści: to Dieriewianskij dietiektiw. Ucieszyłam się, że go jeszcze nie oglądałam, zawsze to lepiej najpierw przeczytać książkę. Wracam potem do domu, biorę w łapę to Lato zielonej gwiazdy, a tu jak byk na okładce:
Dieriewianskij dietiektiw wyszedł w Polsce pod tytułem Wiejski Sherlock Holmes! I nawet znalazłam egzemplarz w jednej bibliotece, ale znowu gdzieś na końcu świata, na al. Pokoju (to jak się do Nowej Huty jedzie), więc wolałam wejść na allegro... no i za jedyne 5,50 książka już na mnie czeka. Natomiast wspomnianego w powyższej notce Wilczego ziela nie ma nigdzie - ani w bibliotekach ani na allegro. Za to znalazły się inne jeszcze tytuły: Igor Sawwowicz (kupiłam), Nie wygra się z miłością i Szara mysz - są na Królewskiej, więc się wstrzymuję z kolejnymi zakupami :)
I tak to stałam się fanką Wila Lipatowa.

Lato zielonej gwiazdy w oryginale nosi tytuł Jeszczo do wojny. I rzeczywiście książka zaczyna się zdaniem:
Dwa lata przed wojną cicho i spokojnie żyła sobie wioska Ułym.
Dwa lata przed wojną powtarzają się jak refren i chociaż życie w syberyjskiej wiosce w 1939 roku jawi się rajem, powoli zaczynamy odczuwać grozę wiszącą nad nią. Dwa lata przed wojną wiadro karasi kosztowało we wsi pięćdziesiąt kopiejek. Dwa lata przed wojną w Ułymie ludzie pili mało i niechętnie. Dwa lata przed wojną młodzi gromadzili się na wieczornicach, a cała wieś schodziła się do klubu, gdy przyjeżdża kino. Dwa lata przed wojną największym wydarzeniem dla mieszkańców wsi było przybicie parostatku "Śmiały", który kursował trzy razy w roku, a przygotowania zaczynano już na dwa tygodnie wcześniej trzepaniem pierzyn. Statek przywoził nowiny ze świata, a czasem również pasażerów.

Tak pojawiła się w Ułymie 18-letnia Raja Kołotowkina, bratanica przewodniczącego kołchozu. Przyjechała z niepojętej dali, gdy zmarł jej ojciec, a matki już od dawna nie miała. Cała wieś zgromadzona nad brzegiem rzeki przypatrywała się temu dziwowisku: ni to dziewczyna, ni to smarkula, ni kobita - nijak się nie można było rozeznać, co to za jedna. Wysoki wzrost wskazywał na to, że to chyba baba, rozpuszczone włosy, że coś na kształt dziewuchy, ale ponieważ przy tym stworzenie było chude i kościste, wyglądało na całkiem niewyrośniętą smarkulę. Biustu nie miała ani na lekarstwo, z tyłu także nic a nic, za to zegarek na ręku.
Dwa lata przed wojną jedyny zegarek na rękę we wsi miał Anatolij Trifonow, podoficer rezerwy. Dwa lata przed wojną dziewczęcy (i kobiecy) ideał urody na Syberii to tłuste kształty: dziewczyna ma być silna, krępa i przysadzista, żeby między jej piersiami można było młócić ziarno, a nogi mają wyrastać z ziemi-matki potężnymi, krzepkimi, grubymi pniakami. Taka właśnie jest Walka Kapa, pretendująca do ręki Trifonowa, najznaczniejszego kawalera we wsi.
Nic więc dziwnego, że wieś zgodnie określa Rajkę jako Szkotę:
Nie może być, żeby to była bratanica! To jest, ludzie, bratanek! On się nazywa Szkota, ja sam na własne oczy ze sto razy widziałem obrazki z takim Szkotą u mojego rodzonego wuja... Tam u nich, u Szkotów, baby chodzą w spodniach,a chłopy w spódnicach... To Szkota, dam sobie za to głowę uciąć!
Dziewczyna dostaje też przezwisko Czeczuga - to taka długa i cienka rybka, co wszędzie się prześliźnie i rzuca się na wszystkie strony. Rajce udaje się rzeczywiście wśliznąć w życie wsi, choć taka miastowa i uczona - ojciec przeznaczał ją na inżyniera, właśnie zdała maturę i szykuje się do egzaminów na studia. Ale prostota i urokliwość wiejskiego życia i wiejskich obyczajów wciąga ją niczym bagno, a gdy zakocha się z wzajemnością w Trifonowie, całkiem porzuca myśl o wyjeździe: może przecież zostać w Ułymie nauczycielką.

Cudowne opisy zarówno przyrody, z która tak nierozerwalnie związana jest syberyjska ziemia, jak i wydarzeń w życiu wsi: przyjazdu kina, zabawy w klubie, występów amatorskich, przygotowań do przedstawienia Oświadczyn Czechowa, przybycia "Śmiałego". Czy też charakterystycznych obyczajów, takich na przykład jak wczesne i syte śniadania. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie pokazać Wam fragmentów opisu tego śniadania. Rzecz dzieje się o szóstej rano, na podwórku Kołotowkinów:
Nie ma tu tęsknot za czymś niezwykłym, za ucieczką do Moskwy, za odmiennym życiem. Dwa lata przed wojną wiejscy chłopcy i dziewczęta nie pragnęli wyjechać do miasta. Dziewczyny marzyły o traktorzystach i kierowcach kombajnów, czerwonoarmistach i nauczycielach. Miejscowa nauczycielka ma jesionkę - rzecz zupełnie niepojęta: na lato płaszcz był za ciepły, zimą było w nim za chłodno, na cóż się więc komu może przydać takie okrycie, doprawdy nie wiadomo.
I tylko żal, wielki żal, że cały ten świat za dwa lata wojna zmiecie do cna. Dwa lata zaledwie dzielą od tej najstraszliwszej z wojen, która nie pozostawi nawet śladu z ich dzisiejszego szczęścia...
Przeczytałam 16 grudnia 2012 (z biblioteki na Studenckiej).


W 1973 roku w serii KIK ukazały się jeszcze:
Czytałam tylko Saroyana. Kochanicę Francuza kupiłam po obejrzeniu filmu, ale do tej pory nie wzięłam do ręki. Są tu dwa węgierskie tytuły, które mnie kuszą - poszukam kiedyś w bibliotekach.

niedziela, 16 grudnia 2012

Aleksandra Marinina - Za wszystko trzeba płacić

Oddawałam książkę w bibiotece na Studenckiej, a tu z półki z nowościami rzuciła się na mnie Marinina. Oho, pomyślałam, świeżutka, jeszcze nikomu nie pożyczana, idzie do mnie jak w dym. Tytuł znałam, no ale nic dziwnego, wszystkie tytuły Marininy znam przecież. Sprawdziłam: pierwsze wydanie, 2012 rok.
Odleżała się troszeczkę i w sobotni wieczór z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (ugotowałam obiad, zrobiłam pranie i przepierki, wyprasowałam pościel i ręczniki, naszykowałam do wysyłki kartki świąteczne, no czegóż trzeba więcej!) wzięłam ją do ręki. Boskie uczucie, pogrążyć się bez reszty w 500-stronicowy kryminał.

Po dwóch stronach okazało się, że JA TO ZNAM. No mam przed oczami scenę jak na filmie, gdy morderca zabija gdzieś przy zjeździe na autostradę w Austrii nieszczęsną Rosjankę, która myślała, że zarobi milion na papierach należących ongiś do jej zmarłego męża... a że świadkiem są dwie przypadkowe osoby - i one muszą zginąć. WTF? - jak mawia moja córka, czyli O CO CHODZI?
Rzuciłam się do bloga sprawdzać. I jest! W 2010 roku czytałam, tyle że w oryginale. I nawet film też obejrzałam.
Ma się tę pamięć, doprawdy. Jestem chodzącym exemplum teorii Pilcha.

Cóż, przeczytałam jeszcze raz. Zresztą z przyjemnością. Fakt, że Marinina robi się coraz bardziej rozwlekła... ale też z klasycznego kryminału powstaje rodzaj powieści obyczajowej, a że dotyczy Rosji - można się tylko cieszyć :)
Przedstawię tylko pokrótce historię, pokrótce, bo wiadomo, że 500 stron to nie betka i wątków się tam namnożyło.
Wszystko zaczyna się od profesora Lebiediewa, który opracowuje receptury balsamów: a to powstrzymujących wypadanie włosów, a to likwidujących bóle reumatyczne czy skutki stresu. Sukces olbrzymi, ale to jeszcze za komuny, przeznaczone jedynie dla elity rządzącej. Lebiediew próbuje wynaleźć nowy specyfik, oddziaływujący na zdolności twórcze i aktywność intelektualną. Niestety umiera w trakcie badań nad nim. W międzyczasie fabryka produkująca te balsamy została przekształcona w spółkę akcyjną. Jej właściciel Michaił Szorinow chce zbić majątek na produkcji preparatu, ale ten, nazwany lakreolem, oprócz niewiarygodnego przpływu sił twórczych, po kilku dniach powoduje niestety śmierć pacjenta. Trzeba więc odzyskać notatki profesora Lebiediewa, obecnie w posiadaniu wdowy po nim, który wyszła ponownie za mąż za Austriaka. Tak dochodzi do pierwszego morderstwa, które uruchamia cały ciąg zdarzeń, a Nastia Kamieńska zdaje się nad nimi nie panować, zwłaszcza że zwraca się do niej o pomoc mafioso Denisow, wobec którego nasza major ma dług wdzięczności i odmówić nie może. Dochodzi wręcz do zawieszenia jej w obowiązkach służbowych...
Przeczytałam 16 grudnia 2012.

A' propos córki: źle się czuła wczoraj i w nocy, okropny ból głowy, nudności - SAMA doszła do wniosku, że za dużo czasu spędza przed komputerem i odbiornikiem telewizyjnym i potrzebny jest odwyk. Co ma więc robić? Cała niedziela! Zaczęła się rozglądać za jakąś książką. Podsunęłam jej Szukam pana Kalandra, niedawno nabytego, o którym wspominałam dwie notki niżej. I co? I CZYTA!!!! Jest już w trzecim rozdziale!
Piszę o tym, bo to prawdziwy sukces. Moja córka przestała czytać kilka lat temu. Teraz tylko internet i filmy. W dodatku twierdzi, że w tym domu nie ma nic do czytania - ilekroć usiłuję ją na coś namówić.
Znaczy Zawada działa! Dobrego miałam nosa!

sobota, 15 grudnia 2012

Jerzy Szczygieł - Po kocich łbach

Ostatnia część cyklu, po Tarninie, Ziemi bez słońca i Nigdy cię nie opuszczę.
W poprzedniej Tadek Różański w wyniku wybuchu granatu, którym bawił się jego kolega, stracił wzrok. Naturalnie chłopiec uważa, ze wszystko się dla niego skończyło i dopiero pomoc Haliny, która deklaruje, że nigdy go nie opuści, stawia go na nogi. Halina informuje Tadka o istnieniu szkoły dla niewidomych dzieci gdzieś pod Warszawą i Tadek składa podanie o przyjęcie.

Po kocich łbach jest właśnie opowieścią o pobycie w Zakładzie w Laskach, prawdziwym kombinacie, gdzie jest i szkoła podstawowa i zawodówka i internaty - wszystko osobne dla chłopców i dziewcząt. Regulamin Zakładu jest surowy, a na jego straży stoi wychowawca Kozuba, niesympatyczny służbista, którego przeciwieństwem jest pan Mollin, nauczyciel alfabetu Braille'a. Dla Tadka pan Mollin staje się przyjacielem, którego chłopiec nie umie znaleźć wśród rówieśników - zbyt ciężko został doświadczony przez los (przypomnijmy sobie jego wojenne przeżycia, śmierć matki i brzemię odpowiedzialności za młodszego brata), by potrafić być tak beztroskim jak oni.

Oprócz zwykłych (i dla nas niezwykłych, jak alfabet Braille'a) szkolnych przedmiotów, Tadek uczy się śpiewu. Wiąże z tym duże nadzieje na przyszłość - chciałby zostać śpiewakiem, zrobić karierę w radiu i na estradzie. Tak właśnie wyobraża sobie swoje przyszłe życie zawodowe - nie chce pogodzić się z jedyną dostępną według zakładowych nauczycieli opcją dla ociemniałych czyli wyrabianiem szczotek. Na ten temat toczy się wśród chłopców (tzw. brajlaków lub ślepaków, jak sami siebie nazywają) dużo dyskusji: jedni uważają, że rzeczywiście nie ma dla nich innych możliwości, inni chcieliby wrócić na wieś pomagać w gospodarstwie, tylko Tadek buntuje się otwarcie. Zresztą pod koniec jego pobytu w Zakładzie błyska jakaś iskierka nadziei - założyciel wielu zakładów pracy dla niewidomych i spółdzielni pracy pan Ruszczyc opowiada o trudnych początkach ociemniałych robotników w fabryce Cegielskiego w Poznaniu, gdzie "normalni" pracownicy chcieli podnieść bunt przeciwko takim towarzyszom pracy i nie obyło się bez interwencji milicji, ale po paru dniach okazało się, że niewidomi świetnie sobie radzą. W zawodówce w Laskach powstanie klasa ucząca pracy w metalu.

A tytuł? Bruk, kocie łby - to najwygodniejszy dla niewidomych rodzaj nawierzchni. Kocie łby były najlepszym przewodnikiem. Ten, kto zaprojektował tę drogę, umiał wczuć się z możliwości niewidomych. Tadek, ilekroć stąpał po okrągłych głazkach, nabierał pewności, jakiej nigdy nie miał idąc po leśnych dróżkach, często niewiele się różniącyh od poboczy.
I symbolicznie szkoła dla niewidomych staje się na drodze życiowej Tadka takimi właśnie kocimi łbami, wiodącymi w przyszłość. Nie wiemy, jak ona się potoczy, co chłopca czeka w następnych latach, ale Zakład dał mu podstawy, a zdecydowany charakter i siła woli Tadka zdają się dobrze rokować.

Biogram autora z tylnej okładki - stan na rok 1978:
Jak wiemy, Jerzy Szczygieł zmarł w 1983 roku. Jeśli nadarzy się okazja, spróbuję przeczytać coś z jego twórczości dla dorosłych, ciekawa jestem, jak opisuje dalsze swe losy. Śpiewakiem w każdym razie nie został :)

I jeszcze jedna uwaga: w książkach dla dzieci i młodzieży błędy ortograficzne są dla mnie niedopuszczalne. A tu wziąść albo choć ze mną. Nosz ludzie! Dziwi mnie to tym bardziej, że za PRL-u korekta jednak działała, w przeciwieństwie do naszych czasów :(
Przeczytałam 15 grudnia 2012.

Na mieście zobaczyłam plakat informujący o słuchowisku w Radiu Kraków - Ich czworo Gabrieli Zapolskiej, w reż. Jerzego Stuhra. Mój Boże, ileż to lat minęło od czasów, gdy słuchało się radia, a w nim słuchowisk. Stare dobre czasy...
Napaliłam sie więc jak szczerbaty na suchary, by wrócić do dawnych wspomnień. I planuję w poniedziałek o 19.00 zasiąść koło odbiornika. Obsada wyjątkowa: Jerzy Stuhr, Sonia Bohosiewicz, Katarzyna Figura, Tomasz Kot. Podobno będzie też można wysłuchać transmisji w internecie. Informacje tutaj.
/zdjęcie ze strony Radia Kraków/

piątek, 14 grudnia 2012

Jerzy Szczygieł - Nigdy cię nie opuszczę

Trzecia część cyklu Jerzego Szczygła, po Tarninie i Ziemi bez słońca.
Ziemia bez słońca zakończyła się tragedią w życiu Tadka i Jędrka Różańskich - zmarła ich, słabująca od dłuższego czasu, matka. Gdy chłopcy, zostawiwszy ją na wiejskim cmentarzyku, wrócili wreszcie do Puław, okazało się w dodatku, że ich dom już nie istnieje - została z niego jedna ściana z oczodołami wybitych okien. Na szczęście postanowił się nimi zaopiekować samotny sąsiad - ten doktor, za którym Tadek wcześniej nie przepadał.

Tak więc Nigdy cię nie opuszczę zaczyna się obrazem nowego życia, w wygodnej, przestronnej i słonecznej willi doktora, z zapewnionym wiktem i opieką. Wszystko wydaje się zmierzać ku lepszemu, gdy nadchodzi następny cios: doktor zostaje zabity w lesie podczas jakiegoś tajemniczego napadu (autor nie zagłębia się w temat), w willi pojawiają się jego dalecy krewni chcący przejąć majątek i chłopcy znów zostaliby bez dachu nad głową, gdyby nie jeden z milicjantów, który sprowadza ich na komendę, przydzielając pokoik, obiady i racje żywnościowe. Obaj jednak źle się tam czują i znów zaczyna się seria ucieczek, przeprowadzek, w końcu zamieszkują w piwnicy swego zburzonego domu. Pojawia się tam jakiś kuzyn matki, którego wcześniej nie znali, też bez mieszkania i proponuje budowę nowego domu na ich działce. Ma się tam znaleźć miejsce i dla nich. Tadek jednak odrzuca propozycję, nie chce być na niczyjej łasce.
Bracia wegetują w zatęchłej piwnicy ze szczurami do spółki, Tadek znów trudni się handlem. Zbliża się pierwszy dzień szkoły, Jędrek zostaje zapisany do pierwszej klasy, nauczycielka namawia także Tadka na kontynuację przerwanej za okupacji nauki, ale on ma inne plany: musi zapewnić utrzymanie sobie i bratu, poza tym siedzenie pół dnia w czterech ścianach klasy go nie pociąga. Myśli o wyjeździe na Zachód, słyszał, że tam przyjmują do milicji nawet takich jak on, czternastolatków.

Coraz częściej jednak powraca temat domu dziecka - Jędrek ma tam kolegów i często u nich bywa, chwaląc ich dostatnie życie. Sytuacja chłopców jest nieuregulowana i prędzej czy później władze zainteresują się nimi i umieszczą w sierocińcu na siłę. Tadek wzbrania się przed samą myślą o tym, ale postępujące kłopoty wychowawcze z Jędrkiem powoli skłaniają go do oddania brata. Malec jest zafascynowany łatwo dostępną w powojennym czasie bronią, amunicją i środkami wybuchowymi. W końcu rzeczywiście ląduje w domu dziecka, a Tadek zostaje sam. Jedynym pocieszeniem są dla niego rozmowy i spacery z Haliną, dziewczyną z Warszawy, która wraz z rodzicami schroniła się po powstaniu u ciotki w Puławach. Jednak i Halina któregoś dnia wyjeżdża, rodzice za wszelką cenę chcieli wrócić do stolicy, choć zrujnowanej.
Tadek ponownie jest kompletnie samotny. Nie ma tu już tego dojmującego fizycznego głodu, jak w dwóch pierwszych częściach cyklu, za to jest głód uczuć! Tadek ogromnie tęskni za Jędrkiem przebywającym z domem dziecka na kolonii nad morzem i gdy ponownie zjawia się kuzyn, tym razem akceptuje pomysł budowy domu, w którym on również zamieszka.
I wtedy zdarza się tragedia...

Trzy razy pada tytułowe zdanie: raz deklarację tę składa Tadek młodszemu bratu (po śmierci matki), potem mały Jędrek mówi to bratu po jakiejś sprzeczce między nimi, a na końcu to Halina przyrzeka Tadkowi, już po tragicznym wydarzeniu.
Przeczytałam 13 grudnia 2012.

Szłam przez Rynek wczoraj po pracy i dostałam Trybunę Ludu :) Młodzi ludzie grzali się przy koksownikach, a na telebimie leciały obrazy ze stanu wojennego.
A przez Rynek szłam, bo do Empiku po gazety:
A przede wszystkim do Księgarni Akademickiej, która dała mi cynk, że czeka na mnie zamówiona książka:
Świetna rzecz, wydana w 2005 roku przez Archiwum UJ, 1100 stron (!) relacji uniwersyteckich pracowników - od profesorów po woźnych - o ich losach w czasie II wojny światowej.
I tak to jeszcze przedwczoraj pisałam, że kupiłam ostatnie już w tym roku cracovianum - nie chwal dnia przed zachodem słońca, mówi mądre przysłowie.

W domu czekała jeszcze przesyłka z allegro. Będę czytać Zawadę w styczniu, a w żadnej bibliotece nie było Szukam pana Kalandra, więc kupiłam...
I chyba dobrze zrobiłam, bo rzecz zapowiada się ciekawie, przygodówka, ale o pracy w redakcji, o drukarni. Jakby mi wcześniej przyszło do głowy poszukać słowa kalander, to bym już kupując wiedziała, o czym to :) ale ja, nieuk jeden, myślałam, że to zwykłe nazwisko.

środa, 12 grudnia 2012

Jerzy Szczygieł - Ziemia bez słońca

Druga część cyklu o chłopcach z Tarniny ma już jednego głównego bohatera - co jest dla mnie plusem, bo trochę się gubiłam w meandrach życiorysów dziewięciu chłopców. Tym bohaterem jest Tadek Różański. Jak pamiętamy, stracił on ojca na początku wojny, a teraz opiekuje się matką i młodszym bratem Jędrkiem. Jest opoką rodziny. To on zaopatruje ją w żywność, matka dawno już nie prowadzi sklepiku, zresztą słabuje - na płuca. Tadek jeździ na handel po okolicznych wioskach.
Nadchodzi wyzwolenie, Niemcy uciekają z Puław - bowiem wyjaśnia się tajemnica nazwy miasteczka. Wkraczają ruscy. O, przepraszam, żołnierze radzieccy. Jednak euforia panuje krótko: szybko okazuje się, że na Wiśle w pobliżu miasta oparł się front i Rosjanie ewakuują mieszkańców.

Zaczyna się epopeja Tadkowej rodziny. Tułają się od wsi do wsi, znajdując schronienie a to w stodole a to w nędznej chałupinie z glinianą polepą, gdzie rozścielają sobie na noc wiązki słomy. Przenikliwe zimno i bezustanny głód. Okazuje się, że Tarnina była zaledwie wesołym wstępem... sama czytając nabrałam wielkiego smaku na krupnik z pajdą świeżego chleba, tak sugestywnie autor opisuje te rzadkie wypadki, gdy chłopiec się najada i tę zwykłą codzienność, gdy głoduje wraz z matką i bratem.

[Nigdy nie gotowałam krupniku i nie wiem, jak to się robi, ale strasznie teraz chodzi za mną :)]

Cały czas mają nadzieję na rychły powrót do domu, do Puław, na przesunięcie się dalej frontu, na koniec wojny. Tadek kilkakrotnie wyrusza, by sprawdzić w jakim stanie jest dom i miasteczko, pokonując szereg przeszkód, bo Rosjanie pilnują, by nikt się nie przemknął przez rozstawione straże. Spotyka tam swego przyjaciela Gietka, który wraz z matką koczuje w "zamkniętym" miasteczku, chroniąc się co noc do piwnicy, bo wówczas Niemcy zaczynają ostrzeliwanie. Tadek też by tak chciał, ale zdaje sobie sprawę, że matka nie ma sił na tę podróż piechotą i przekradanie się przed żołnierzami.

Temu ciężkiemu życiu, codziennej walce o przetrwanie towarzyszy niepokój związany z ujrzanym kiedyś hitlerowcem. Było to ostatniego dnia "za Niemców" w Puławach. Hitlerowiec umknął przed Rosjanami, zostawiając w krzakach koło domu sąsiada Różańskich - doktora (antypatycznego zresztą dla Tadka, bo nie pozostawiającego wiele nadziei na poprawę zdrowia matki) swój mundur. Tadek ma ciągle wrażenie, że się na owego hitlerowca natyka, w cywilnym ubraniu i mówiącego po polsku. Ale Niemiec miał na czole wyraźną czerwoną bliznę. Natomiast widywany tu i tam mężczyzna znamienia takiego nie posiada. Po rozwiązanie tej tajemnicy odsyłam do Ziemi bez słońca Jerzego Szczygła.

Piękny artykuł-wspomnienie o autorze znalazłam tutaj.
Przeczytałam 11 grudnia 2012.

Mój brat, któremu zasugerowałam kupno mi pod choinkę pewnej książki na allegro, nie pamięta swoich haseł, no nie używa widać allegro zbyt często. Kupiłam więc sobie książkę sama:
To są pamiętniki z lat 1832-1857. Cracovianum jak się patrzy! Mniemam, że ostatnie w tym roku :)
Oczywiście, żeby koszty przesyłki się rozłożyły, domówiłam to i owo:
Natanna mnie zachęciła do zmierzenia się z "Gostą Berlingiem" :) całe 1,50 zł! Serię o Klaudynie zawsze chciałam mieć, a czytałam (w młodości) jedynie pożyczaną. Ponieważ mam też słabość do literatury węgierskiej, wzięłam "Biednych bogaczy", zobaczymy, co to jest takiego.

Z kolei Alicja2010 zapodała nazwisko Czingiza Ajtmatowa. W te pędy poleciałam do biblioteki (właściwie do trzech bibliotek...) i przytargałam do domu furę:
Oj, naprawdę będzie co czytać w styczniu.
Zwłaszcza, że jeszcze na Wiktora Zawadę się zamierzam:
To też z bibliotek, a jeden jeszcze jest w drodze z allegro (taki sam jeden jedyniutki, wbrew zasadom, ale żywcem nie było co dobrać u tego sprzedawcy).

A skoro już się nastawiłam na Ajtmatowa, to...

Obejrzałam film radziecki Rannije żurawli/Ранние журавли czyli Żurawie przyleciały wcześnie, według powieści kirgiskiego pisarza Czingiza Ajtmatowa.

Film zrealizował w 1979 roku Bołotbek Szamszyjew (jeśli tak to się pisze).
Rzecz dzieje się w małym kirgiskim aule. Docierają i tu echa wojny. Większość mężczyzn poszła na front. Czternastoletni Sułtanmurat bardzo tęskni za ojcem.
Na razie chodzi do szkoły i opiekuje się matką i młodszym rodzeństwem.
Któregoś dnia pojawia się w szkole przewodniczący kołchozu i zaznajamia młodzież z sytuacją: jest ciężko, brakuje rąk do pracy, proponuje więc, by starsi chłopcy stali się czymś w rodzaju desantu i zrezygnowali na razie z nauki, zabierając się do pracy w kołchozie.
Przywódcą młodych zostaje właśnie Sułtanmarat.
Tak kończy się dzieciństwo. Chłopcy z wielkim zaangażowaniem opiekują się końmi, organizują nawet dramatyczną zimową wyprawę po siano, którego w aule brakuje. Najpierw grozi im śmierć z rąk bandytów-koniokradów, a potem uciekają przed sforą wilków.
Jednocześnie Sułtanmurat przeżywa swą pierwszą miłość: pisze list do dziewczynki ze szkoły (nie zapamiętałam jej imienia), czeka na próżno na odpowiedź, wreszcie dostaje wyhaftowaną przez nią chusteczkę...
Tak piękna ta miłość, tak delikatna i wstydliwa...
Nadchodzi wczesna wiosna, chłopcy z radością obserwują pierwszy klucz żurawi na niebie - to dobry znak: będzie urodzaj. Zaczyna się orka pod zasiewy. Nocą na jurtę napada jednak grupa koniokradów. Sułtanmarat rzuca się w pogoń za nimi...
Wielkiej ochoty nabrałam doprawdy na zapoznanie się z twórczością Ajtmatowa. Jest u niego (sądząc z filmu) i kirgiska egzotyka i umiłowanie przyrody i skomplikowane ludzkie losy...

wtorek, 11 grudnia 2012

Jerzy Szczygieł - Tarnina

Twórczość Jerzego Szczygła nie była mi znana w młodości. U Koczowniczki niedawno przeczytałam o Tarninie i przypomniałam sobie, że kupiłam kiedyś na allegro (na doczepkę) Po kocich łbach tego autora. Bo lubiłam tę serię wydawniczą :)
Stąd pomysł przeczytania całego cyklu - bo okazało się, że składa on się z 4 części:
- Tarnina
- Ziemia bez słońca
- Nigdy cię nie opuszczę
- Po kocich łbach
Zamysł wymagał biegania po bibliotekach, a drugi tom znalazłam aż na Prądniku. I teraz w ten mróz będę musiała znów tam jechać, by książkę oddać, buuuuu. Rozkosze czytelnictwa :)

Mam więc za sobą pierwszy tom cyklu. Opowiada on o grupce chłopców w anonimowym miasteczku gdzieś nad Wisłą. Jest czas wojenny, wielu z nich straciło ojców, a niektórzy są wręcz bez rodziny i żyją z dnia na dzień, nocując gdzie popadnie. Bieda jest niewyobrażalna. Chłopcy chodzą w łachmanach, biegają na bosaka, oszczędzając jedyną parę butów (jeśli w ogóle posiadaną) na zimę. A przede wszystkim cierpią głód. O jedzeniu (a raczej jego braku) mówi się tu bezustannie. Dotyczy to i tych chłopców, którzy mieszkają w rodzinnym domu - nigdzie się nie przelewa, coraz trudniej jest zdobywać żywność - wszędzie brak pieniędzy, dieta opiera się na kapuście i kartoflach, a kartkowy chleb jest rzadkim gościem. Ojców nie ma, matki usiłują coś zarobić praniem czy prowadzeniem nędznego sklepiku, jak matka głównego bohatera - Tadka Różańskiego. Właściwie cała dziewiątka chłopców jest na równych prawach bohaterów tej powieści, ale ponieważ jestem już w połowie następnego tomu, mogę zdradzić, że potem prowadzenie przejmuje właśnie Tadek, którego ojciec zginął w pierwszym nalocie na miasteczko. Chłopiec jest poważny ponad swój wiek, zakochany w książkach, o których chętnie opowiada kolegom, opiekuje się też matką i młodszym braciszkiem Jędrkiem.

Chłopcy często wędrują po lesie koło miasteczka, gdzie nikt ich nie podgląda, Niemcy zresztą też trzymają się od lasu z daleka. Pewnego dnia jeden z chłopców wpada na pomysł zbudowania schronu, ziemianki, własnej siedziby - w gąszczu splątanych krzewów tarniny. Wszyscy zapalają się do projektu i zabierają do pracy: trzeba przynieść z domów siekiery i łopaty i wybierać ziemię wynosząc ją wiadrami w inne krzaki, by nikt nawet przypadkiem nie zauważył ich nowego domu. Bo rzeczywiście ten schron staje się ich domem, nie tylko dla tych, którzy żyli do tej pory na ulicy, ale i dla całej reszty, która codziennie się tu spotyka. Chłopcy ulepszają swoje schronienie, obudowują je deskami, znoszą mech dla utykania szpar, naczynia do gotowania - tak, konstruują nawet kuchnię. I na wszelkie sposoby zdobywają zapasy żywności, posuwając się nawet do kradzieży w niemieckich magazynach. Przyjdzie im też bronić Tarniny przed konkurencyjną grupą chłopców - Piaskarzy. Stoczą z nimi prawdziwą bitwę, wcześniej przygotowaną koncepcyjnie - zupełnie jak w Chłopcach z Placu Broni.

Wspomniałam o kradzieży u Niemców. Łebki zdobywają się na coraz śmielsze akcje i przyznam się, że nieraz zagryzałam wargi i myślałam ze złością, że stłukłabym im tyłki do krwi, takie wyprawiali brewerie, w takim byłam strachu o nich. Typowa chłopacka brawura, no i bezmyślność: nie zdają sobie sprawy, co im naprawdę grozi, gdy zakradają się do niemieckich czołgów, by kraść z nich broń czy futrzane rękawice lub podpalają kino. Pół książki zajmują opisy ucieczek przed szkopami... raz się nie udaje i Niemcy zatrzymują Zymka. Na szczęście po kilku tygodniach wraca do Tarniny, ale o swych przeżyciach na gestapo nie chce mówić.

Działania chłopców obserwuje z daleka jeden z sąsiadów, młody Wiesiek Zaręba. Chłopcy odkrywają u niego skrytkę z rewolwerem i dedukują, że należy on do partyzantów. Któregoś dnia w Tarninie pojawia się Żyd Abram, uciekinier z getta. Od tej pory będzie mieszkał z nimi...
Przeczytałam 10 grudnia 2012.



Obejrzałam włoską komedię świąteczną La banda dei Babbi Natale w reż. Paolo Genovese.


Głównymi bohaterami są: Wigilia Bożego Narodzenia i znana trójka komików: Aldo, Giovanni i Giacomo.

W wyniku splotu okoliczności przebierają się oni za Mikołajów, by podrzucić prezent pod choinkę dziewczynie jednego z nich. To jest ta kula, którą kobieta trzyma w ręce - jak się to nazywa? Tak wiecie, co to w niej śnieg opada.
Niestety na włamaniu do jej mieszkania zdybuje ich policja i tak trafiają na komisariat, gdzie pani inspektor właśnie planowała urwać się z roboty, by poczynić ostatnie przygotowania świąteczne. Tymczasem musi przesłuchać schwytanych przestępców i spisać protokół. Powoli to idzie, bo każdy z nich ma do opowiedzenia skomplikowaną historię...
W końcu "przestępcy" wspólnie z panią inspektor i jej podwładnym robią tortellini na święta.
Taka to pierdółka.

niedziela, 9 grudnia 2012

Aleksander Minkowski - Wyspa Szatana

Jeszcze jedna powieść Minkowskiego dla młodzieży, późna, bo wydana w 1997 roku. Bohater to młody chłopak Mikołaj zwany Kołkiem, mieszkający na Mazurach - zresztą niedaleko Bart, gdzie znajdował się Ośrodek z Sekretów prominentów :) Znów pojawiają się też Skiroławki.
Ale do rzeczy. Mikołaj ma dziewczynę, Jagodę, z którą planuje spływ remontowaną przez siebie łodzią. Jak zwykle u Minkowskiego są wakacje. Niestety, nie najszczęśliwsze dla Kołka: Jagoda zakochuje się w chłopaku, którego widziała zaledwie przez chwilę, a ojciec Kołka pije (jest zaopatrzeniowcem, w tym zawodzie nie da się inaczej), w związku z czym matka wdaje się w romans z dystyngowanym doktorem Trzosem. Kołek nie potrafi pogodzić się z tą sytuacją, ucieka więc z domu. Właściwie nikt nie traktuje tego jako ucieczki, bo zostawia kartkę, że wyrusza na łazęgę. Chroni się niedaleko od domu, na tajemniczej bezludnej wyspie zwanej Wyspą Szatana, z którą wiąże się stara legenda o mnichu Euzebiuszu i jego trąbce, której dźwięki miały przynosić ukojenie, a nawet zdrowienie chorych. Rychło okazuje się, że na wyspie nie jest sam, a za legendarną trąbką Eustachiusza ugania się dwóch dziwnych typków.

Taki jest zarys fabuły, nie zdradzę dalszego ciągu na wypadek, gdyby miał tu trafić jakiś nastolatek zainteresowany lekturą :)
Natomiast od siebie dodam, że poza pewną schematycznością typową dla Minkowskiego, daje się coraz silniej zauważyć okropne moralizatorstwo i ideowość, która może była charakterystyczna dla dawnych czasów, ale dziś... budzi niechęć, jeśli nie wręcz śmiech :)

Nawiasem mówiąc, co to była bandażówka?
Widzę Jagodę. Z daleka rozpoznaję fioletową bandażówkę z falbankami, najpiękniejszy ciuch mojej byłej. Wystroiła się dla Leliwy.
Później jest mowa o indyjskiej proweniencji tego ciucha.
Przeczytałam 9 grudnia 2012.


Obejrzałam (trochę niechcący) współczesny film rosyjski Kommunałka, z 2011 roku. Niechcący, bowiem miałam w planie dwa stare, radzieckie filmy o miłości: "Jeszczo raz pro lubow" i "Zdrawstwuj i proszczaj" - ale okazało się, że nie chodzą na odtwarzaczu takim kieszonkowym, co to oglądam filmy w łóżku, a siedzieć przed stacjonarnym na kanapie w ten mróz mi się nie chce... więc włączyłam tę "Komunałkę", myśląc, że to jakaś obyczajówka. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego jedne filmy na tym odtwarzaczu chodzą, a inne nie...

Tymczasem okazało się, że to film sensacyjny. Akurat za tym genre'm nie przepadam. Obejrzałam do końca, bo zawszeć to po rosyjsku :)
Główny bohater jest mientem czyli milicjantem. Żona właśnie wyrzuciła go za drzwi, więc wynajął pokój w komunałce. Oprócz niego mieszka tam młoda dziewczyna, podająca się za studentkę, a w rzeczywistości striptizerka tańcząca na rurze w nocnym lokalu, głucha staruszka prawie nie wychodząca ze swego pokoju oraz rzekomy geolog, który wiecznie przebywa na badaniach - a jak się wkrótce okazuje to ugołownik (przestępca), odsiadujący co i rusz kolejny wyrok. Całe to towarzystwo (z wyjątkiem babuszki) szybko okaże się złączone wspólnym celem: umknąć pogoni bandytów, przebranych w szatki biznesmenów i mających wtyki w milicji. Całość akcji kończy się happy endem - króluje sprawiedliwość i dzielny nieprzekupny major.

Interesujący w filmie był dla mnie jedynie tytuł. Jestem bowiem zafascynowana tym charakterystycznym dla Związku Radzieckiego zjawiskiem, jakim była (i ciągle jest) komunałka. Czyli państwowe mieszkanie, gdzie każdy pokój należy do innej rodziny czy samotnego lokatora, a kuchnię i łazienkę wszyscy dzielą ze sobą. Coś jak studenckie mieszkania obecnie. Nietrudno sobie wyobrazić, jakie cudowne stosuneczki panowały w takim mieszkaniu.

Pisze o tym Orlando Figes w książce Szepty. Życie w stalinowskiej Rosji. Stamtąd pochodzą poniższe plany.
Tutaj tzw. system korytarzowy:
A tu plan urządzenia pokoju zasiedlonego przez kilkuosobową rodzinę:

W internecie znalazłam zdjęcie drzwi prowadzących do komunałki - każda rodzina miała swój dzwonek:
A tu kuchnia:

Świetnie pokazał komunałkę reżyser filmu Bikiniarze/Stiliagi, oczywiście w konwencji musicalowej, przyjętej dla całego filmu.


A w Mistrzu i Małgorzacie tytułowa bohaterka przelatuje na miotle obok okna kuchni w komunałce, gdzie właśnie spierają się dwie lokatorki o niegaszenie światła czy coś tam. Pamiętacie?

Aktualnie największym skupiskiem komunałek dysponuje Sankt Petersburg, gdzie tak mieszka ponad 600 tys. ludzi.