Po wielu wielu latach wróciłam do księżnej Bibesco. Czytałam ją w liceum będąc, jako zafascynowana nieuleczalnie Proustem. Niemniej jednak wolałam Celestę Albaret :) Oczywiście to dwie kompletnie różne relacje: jedna arystokratki-intelektualistki, która WIDZIAŁA się z pisarzem zaledwie trzy razy, a druga to opowieść gosposi, obcującej z nim za to na co dzień... Postaram się w najbliższym czasie wrócić też do Celesty, bom ciekawa swych wrażeń po latach.
Książeczka stoi na półce Proustowo-Faulknerowej. Oczywiście główne dzieło Prousta - jako reprezentacyjne :) - znajduje się w salonie (widać je na zdjęciu-nagłówku bloga). Że tak powiem górnolotnie... bo z salonowego wyposażenia to tam jedynie skromna kanapa i jeszcze skromniejszy telewizor. Dawniej się mówiło DUŻY POKÓJ. Ale jak tu powiedzieć duży pokój o najmniejszym pomieszczeniu w mieszkaniu (pomijając łazienkę i toaletę)?
Z lewej strony jest jeszcze Pańczatantra i Księga papugi, w których to dziełach rozczytywałam się we wczesnej młodości. A po prawej - obowiązkowa Gertruda Stein. A więc jest to półka orientalno-francusko-amerykańska :)
Ze skrzydełka:
Co za kobieta, ta Marta księżna Bibesco! To do niej prezydent de Gaulle powiedział: Utożsamia Pani dla mnie Europę.
Córka rumuńskiego dyplomaty, wydana za mąż za księcia Bibesco (jedna z najznamienitszych rodzin w Rumunii) w wieku 17 lat, odwiedza salony, ale też pasjonuje się historią i pisze. Towarzysząc mężowi w misji dyplomatycznej do Iranu notuje pilnie swe wrażenia i wydaje Osiem rajów, którymi krytyka jest zachwycona. Po II wojnie światowej traci wszystkie swoje dobra w Rumunii - od tej pory będzie mieszkać w Paryżu w pałacyku ofiarowanym jej przez kuzyna, prowadząc światowe życie, ale żyjąc już tylko z pióra i zyskując nawet Legię Honorową. Dziś czytana jest jedynie Zielona papuga (Le Perroquet vert) i Katia. Nigdy nie wróciła do rodzinnej Rumunii, zmarła w 1973 roku w Paryżu.
Prousta poznała przez swych kuzynów Antoniego i Emanuela Bibesco, w czasach gdy Marcel jeszcze Proustem nie był. Mało tego, nosił wówczas wątpliwą ozdobę w postaci czarnej brody! Na Boga! Przecież Proust ma prawo wyglądać jedynie tak:
a nie tak:
Mieszkał jeszcze z rodzicami, częściej wychodził z domu, a nawet odbywał podróże i gromadził zachłannie materiał do swego wielkiego dzieła. Z biegiem lat choroba uniemożliwiała mu w coraz większym stopniu normalne funkcjonowanie, toteż niechętnie widywał się nawet z zażyłymi przyjaciółmi ("nie zobaczę go, będąc nieubranym, w tych moich brudnych trykotach"), pozostawały mu listy (jeśli dopisywały oczy, bo i z tym miewał problemy) czy kontakty telefoniczne, uzależnione od pory dnia, która zresztą była dla Prousta raczej porą nocy.
Księżna Bibesco napisała uroczy wspomnieniowy drobiazg, gdzie z Prousta jest tyle co i z niej samej, bo autorka analizuje siebie filtrując przez fragmenty listów pisarza swe młode lata.
Jakże niedzisiejsze to pisanie, jakże egzotyczne dla nas, ludzi XXI wieku listy Prousta wysyłane do przyjaciół! Te zapewnienia o gorącym uczuciu, ta niezwykła wrażliwość na każdy gest, słowo. Ach, cała Belle Époque zawiera się w tych listach.
Nie istnieje, mój kochany Antoni, nikt, kogo wspominałbym czulej niż Ciebie. Moje samotnicze życie pozwoliło mi odtworzyć sobie w myśli tych, których kochałem, i mój drogi Antoni jest zawsze ze mną jak w owych dniach, gdy okazywał mi tyle dobroci. Ale Ty, po tak długim czasie, czy Ty jeszcze o mnie pamiętasz?
Zachowałem niezwykle miłe wspomnienie spędzonego z Panem wieczoru. Naszym spotkaniom towarzyszą zawsze szlachetni świadkowie, a ich wspomnieniu powabna oprawa: z braku iglicy w Senlis - dzwonki Redona... , a przecież jest to, jak by powiedział pan de Rambuteau, pewne "przedobrzenie", bowiem tło zastąpiłaby nasza wspólna wyobraźnia i, co cenniejsze - nasza obopólna przyjaźń, jeśli to nie jest z mej strony zuchwalstwem.
Mój mały Antoni, choć cały czas myślę o Twoim nieszczęściu - pisał Proust po śmierci matki księcia Bibesco - wyobrażam je sobie najokrutniej; kiedy otrzymałem Twój biedny list, kiedy zobaczyłem Twoje niemal nie do poznania zmienione pismo, te skurczone literki, które zwęziły się jak oczy, co od łez zamieniają się w szparki, było to dla mnie nowym ciosem, zupełnie jakbym po raz pierwszy naprawdę odczuł Twoją rozpacz.
Początek:
i koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1973, wyd. I, 112 stron
Tytuł oryginalny: Au bal avec Marcel Proust
Przełożyła: Ewa Fiszer
Z własnej półki (ze zbiorów Ojczastego)
Przeczytałam 10 czerwca 2014 roku
środa, 11 czerwca 2014
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Maria Kornatowska - Rozmyślania przy makijażu
Już nie pamiętam, jak to się stało, że kupiłam tę Kornatowską. Na allegro, ale nie "na doczepkę" do innych zakupów, tylko całkiem osobno - czyt. świadomie :) Nazwisko oczywiście znałam, bo filmem interesuję się od czasów licealnych, jak nie jeszcze dłużej. Mam jej książkę o Fellinim. Ale o tym, że Kornatowska ma coś wspólnego z USA wcześniej nie wiedziałam. A może gdzieś w internecie, na jakimś forum, był wątek o książkach na temat NY?
Na półce kompletny mischung. Jak widać, jest to drugi rząd - upychałam tu różniste książki w miarę jak przybywały. W pewnej chwili miałam fazę na Choromańskiego.
Na regale obok stoi ceramiczny baran - nie lubię durnostojek, ale ten jest niezwykle cenny. Ofiarował mi go Ojczasty mówiąc, że jest to baran, który - excusez le mot - sra talarami. Więc wiecie - ostoja dobrobytu :) Dla równowagi po drugiej stronie puszka z Coca-Coli, niezwykle ważny element zbiorów mojej córki :)
Po lewej stronie i u góry mnóstwo rozmaitych podręczników do nauki języków. Nie umiem się tego pozbyć. Ciągle sobie wmawiam, że jeszcze będę korzystać.
Okładka zachęca:
Krótka notka o autorce:
Nowy Jork to takie moje ciche marzenie z gatunku niespełnialnych. Nigdy nie przeskoczę oceanu i nie przejdę się po Manhattanie, więc jedyne co mi pozostaje to czytać tych, którzy to zrobili i potem opisali. Toteż Rozmyślania przy makijażu przeczytałam z wielkim zainteresowaniem i z dużymi oczekiwaniami, zwłaszcza po tym, co wyczytałam w przedmowie napisanej przez Andrzeja Dudzińskiego (tu fragment):
Stwierdziłam jednak, że znacznie lepiej by mi się ten zbiór szkiców o Wielkim Jabłku czytało, gdybym jednak znała miasto. Żałowałam, że brakło tu zdjęć, odnoszących się do opisywanych obiektów. Ewentualnie żałowałam, że nie mam w domu internetu bezprzewodowego - czytam w łóżku, więc bieganie co chwilę do biurka w innym pokoju, by poszukać w sieci zdjęć i informacji na dany temat, nie wchodziło w grę. A to jest właśnie książka, która idealnie sprawdziłaby się w takim nowoczesnym cybernetycznym wydaniu: czytasz ją na jakimś tam czytniku, podkreślasz sobie dane słowo i już pojawia Ci się hasło z Wikipedii, zestaw zdjęć dostępnych w necie, mapa itede. Tak to widzę i taką to właśnie książkę obiecałam napisać (o Krakowie) hi hi. Czy to już jest możliwe? Czy te czytniki e-booków mają też dostęp do internetu? Bo ja jestem do tyłu z techniką, więc się nie orientuję...
Mapę mogłam sobie co prawda rozłożyć i wyszukiwać adresy, ale jakoś tak mi się nie chciało :) Więc tylko czytałam, rozdział za rozdziałem, szkic za szkicem. Dowiadywałam się, jak rozkładały się akcenty imigranckie, jak przekształcały się dzielnice Nowego Jorku z tych ubogich, zamieszkałych przez żydowski czy chiński proletariat, w modne rejony - czy to dla bohemy czy dla nowobogackich. Co pisali mniej i bardziej znani Polacy po wizycie w Nowym Jorku. Gdzie ubiera się Janusz Głowacki. Gdzie mieszkał Isaac Bashevis Singer i gdzie robił zakupy. Które delikatesy zachwala w swych filmach Woody Allen. Co można robić w Central Parku. Jak dzielą się rejonami bezdomni. Jak pracowano w Dzielnicy Krawców. Kto był przewodnikiem po mieście rodziny Scorsese, gdy ta przeprowadziła się tutaj z Kalifornii. Kilka szkiców na temat księgarń i antykwariatów w NY - bajeczna kraina! Choć sami nowojorczycy raczej mało czytają. Bogactwo muzeów i nader ciekawych wystaw. Globalne ambicje Starbucksa. Wróżbici i czarownice. Kot a Nowy Jork. Jak się lansować na wernisażach. Dziesiątki inspiracji - zapisałam półtorej strony w kapowniku tym, co obejrzeć (czasem jedynie sobie przypomnieć) i przeczytać. Slumsy i wieżowce. Thriftshopy (o ile dobrze zapamiętałam nazwę) czyli szmaciarnie i ich bywalcy. Pomniki i zabytki (stuletnie). Tradycyjnie czytany w niedzielę The New York Times.
To wszystko znajdziecie tutaj.
Przy lekturze towarzyszyły mi oczywiście dźwięki muzyki jazzowej, nie mogło być inaczej. Stałam się niedawno właścicielką takiego boxu ze stoma (!) CD o tytule SWING - THE ENCYCLOPEDIA OF JAZZ i teraz słucham, słucham, słucham :)
Co to za wydawnictwo LATARNIK - nie wiem. Nigdy się nie spotkałam. Czy jeszcze istnieje? Wszak to publikacja sprzed siedmiu lat. W książce jest trochę reklam, owszem, są pozycje Kałużyńskiego i Raczka, ale też jakieś głupoty w rodzaju MÓJ MAGICZNY NIEZBĘDNIK - TAROT, książka Fajkowskiej (to zdaje się jakaś primadonna telewizyjna) i pełno produkcji Marcina Szczygielskiego typu PL-BOY i inne. Coś mi się to nazwisko obiło o uszy ostatnio (a raczej o oczy), ale nie pamiętam w jakich to pięknych okolicznościach przyrody.
Update
Istnieje. Ma stronę internetową, katalog książek i następującą dewizę:
Specjalizujemy się w publikowaniu książek o mediach, o ludziach mediów i pisanych przez ludzi mediów.
Początek:
i koniec:
Wyd. Instytut Wydawniczy LATARNIK im. Zygmunta Kałużyńskiego, Michałow - Grabina 2007, wyd.I, 311 stron
Z własnej półki (kupione na allegro 3 września 2011 roku za 14,50 zł)
Przeczytałam 8 czerwca 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski BRAT 2 (Брат-2), reż. Aleksiej Bałabanow, 2000
Jest cały na YT po rosyjsku:
Uczestnicząc w programie telewizyjnym, Daniła Bagrow spotyka swoich przyjaciół z Czeczeni. Jednego z nich nagle zabijają. Daniła wie, że tamten miał problemy przez swego brata - hokeistę z USA, więc jedzie tam pomścić przyjaciela. Rosjanin podpada rosyjskiej i amerykańskiej mafii, ale jest profesjonalistą...
2/ film włoski DZIECI PATRZĄ NA NAS (I bambini ci guardano), reż. Vittorio De Sica, 1943
Na YT cały film w oryginale:
Historia czteroletniego chłopca Prico. Jego matka, Nina, zostawia jego ojca, Andrea, dla kochanka - Roberto. Prico zostaje odesłany do ciotki, a następnie do babki. Kiedy chłopiec choruje, Nina powraca, porzuciwszy Roberto. Sytuacja rodzinna powoli poprawia się, aż do czasu wakacji na Włoskiej Rivierze.
3/ film czeski WSZYSCY DOBRZY RODACY (Všichni dobří rodáci), reż. Vojtěch Jasný, 1968
Na YT fragment w kościele :)
Ocenas, Frantisek, Jozka Pyrk, Bertin i Zasinek wraz z pozostałymi mieszkańcami wsi radośnie witają koniec II wojny i nadejście wolności. W karczmie przy piwie i muzyce, wieczorami wszyscy zgodnie zabawiają się . Wspólnota rozpada się w 1948 r. Musi powstać spółdzielnia produkcyjna i wyłania jej kilkuosobowy zarząd. A by wszystko było zgodne z nowymi przepisami, ze swojej ziemi zostaje wywłaszczony najbogatszy gospodarz Kurfirt, a odjeżdżając ze wsi przepowiada, że nowi właściciele zmarnują jego kwitnące gospodarstwo i to szybciej niż myślą.
4/ film japoński KIKUJIRO (Kikujirô no natsu), reż. Takeshi Kitano, 1999
Na YT trailer:
Masao jest 9-letnim chłopcem, który po szkole zawsze wraca do pustego domu swojej babki w Tokio, gdzie nikt na niego nie czeka. Jego ojciec nie żyje, a matka mieszka gdzieś daleko, ale Masao - który jak na dziecko ma zbyt poważne podejście do wszystkiego, co robi - znajduje w końcu jej adres. Chłopiec chce odnaleźć matkę, a w podróży ma mu towarzyszyć przyjaciel jego babki - Kikujiro - hazardzista, którego nie rozpieszczało życie, ale nie stoczył się na samo dno. Kikujiro niespecjalnie lubi dzieci. Bohaterowie udają się w długą drogę, w czasie której obaj się dużo nauczą.
To wygląda na coś podobnego w tematyce do My, mężczyźni radzieckiego. Poprzednim filmem Kitano czyli HANA-BI jestem po prostu zachwycona!
Na półce kompletny mischung. Jak widać, jest to drugi rząd - upychałam tu różniste książki w miarę jak przybywały. W pewnej chwili miałam fazę na Choromańskiego.
Na regale obok stoi ceramiczny baran - nie lubię durnostojek, ale ten jest niezwykle cenny. Ofiarował mi go Ojczasty mówiąc, że jest to baran, który - excusez le mot - sra talarami. Więc wiecie - ostoja dobrobytu :) Dla równowagi po drugiej stronie puszka z Coca-Coli, niezwykle ważny element zbiorów mojej córki :)
Po lewej stronie i u góry mnóstwo rozmaitych podręczników do nauki języków. Nie umiem się tego pozbyć. Ciągle sobie wmawiam, że jeszcze będę korzystać.
Okładka zachęca:
Krótka notka o autorce:
Nowy Jork to takie moje ciche marzenie z gatunku niespełnialnych. Nigdy nie przeskoczę oceanu i nie przejdę się po Manhattanie, więc jedyne co mi pozostaje to czytać tych, którzy to zrobili i potem opisali. Toteż Rozmyślania przy makijażu przeczytałam z wielkim zainteresowaniem i z dużymi oczekiwaniami, zwłaszcza po tym, co wyczytałam w przedmowie napisanej przez Andrzeja Dudzińskiego (tu fragment):
Stwierdziłam jednak, że znacznie lepiej by mi się ten zbiór szkiców o Wielkim Jabłku czytało, gdybym jednak znała miasto. Żałowałam, że brakło tu zdjęć, odnoszących się do opisywanych obiektów. Ewentualnie żałowałam, że nie mam w domu internetu bezprzewodowego - czytam w łóżku, więc bieganie co chwilę do biurka w innym pokoju, by poszukać w sieci zdjęć i informacji na dany temat, nie wchodziło w grę. A to jest właśnie książka, która idealnie sprawdziłaby się w takim nowoczesnym cybernetycznym wydaniu: czytasz ją na jakimś tam czytniku, podkreślasz sobie dane słowo i już pojawia Ci się hasło z Wikipedii, zestaw zdjęć dostępnych w necie, mapa itede. Tak to widzę i taką to właśnie książkę obiecałam napisać (o Krakowie) hi hi. Czy to już jest możliwe? Czy te czytniki e-booków mają też dostęp do internetu? Bo ja jestem do tyłu z techniką, więc się nie orientuję...
Mapę mogłam sobie co prawda rozłożyć i wyszukiwać adresy, ale jakoś tak mi się nie chciało :) Więc tylko czytałam, rozdział za rozdziałem, szkic za szkicem. Dowiadywałam się, jak rozkładały się akcenty imigranckie, jak przekształcały się dzielnice Nowego Jorku z tych ubogich, zamieszkałych przez żydowski czy chiński proletariat, w modne rejony - czy to dla bohemy czy dla nowobogackich. Co pisali mniej i bardziej znani Polacy po wizycie w Nowym Jorku. Gdzie ubiera się Janusz Głowacki. Gdzie mieszkał Isaac Bashevis Singer i gdzie robił zakupy. Które delikatesy zachwala w swych filmach Woody Allen. Co można robić w Central Parku. Jak dzielą się rejonami bezdomni. Jak pracowano w Dzielnicy Krawców. Kto był przewodnikiem po mieście rodziny Scorsese, gdy ta przeprowadziła się tutaj z Kalifornii. Kilka szkiców na temat księgarń i antykwariatów w NY - bajeczna kraina! Choć sami nowojorczycy raczej mało czytają. Bogactwo muzeów i nader ciekawych wystaw. Globalne ambicje Starbucksa. Wróżbici i czarownice. Kot a Nowy Jork. Jak się lansować na wernisażach. Dziesiątki inspiracji - zapisałam półtorej strony w kapowniku tym, co obejrzeć (czasem jedynie sobie przypomnieć) i przeczytać. Slumsy i wieżowce. Thriftshopy (o ile dobrze zapamiętałam nazwę) czyli szmaciarnie i ich bywalcy. Pomniki i zabytki (stuletnie). Tradycyjnie czytany w niedzielę The New York Times.
To wszystko znajdziecie tutaj.
Przy lekturze towarzyszyły mi oczywiście dźwięki muzyki jazzowej, nie mogło być inaczej. Stałam się niedawno właścicielką takiego boxu ze stoma (!) CD o tytule SWING - THE ENCYCLOPEDIA OF JAZZ i teraz słucham, słucham, słucham :)
Co to za wydawnictwo LATARNIK - nie wiem. Nigdy się nie spotkałam. Czy jeszcze istnieje? Wszak to publikacja sprzed siedmiu lat. W książce jest trochę reklam, owszem, są pozycje Kałużyńskiego i Raczka, ale też jakieś głupoty w rodzaju MÓJ MAGICZNY NIEZBĘDNIK - TAROT, książka Fajkowskiej (to zdaje się jakaś primadonna telewizyjna) i pełno produkcji Marcina Szczygielskiego typu PL-BOY i inne. Coś mi się to nazwisko obiło o uszy ostatnio (a raczej o oczy), ale nie pamiętam w jakich to pięknych okolicznościach przyrody.
Update
Istnieje. Ma stronę internetową, katalog książek i następującą dewizę:
Specjalizujemy się w publikowaniu książek o mediach, o ludziach mediów i pisanych przez ludzi mediów.
Początek:
i koniec:
Wyd. Instytut Wydawniczy LATARNIK im. Zygmunta Kałużyńskiego, Michałow - Grabina 2007, wyd.I, 311 stron
Z własnej półki (kupione na allegro 3 września 2011 roku za 14,50 zł)
Przeczytałam 8 czerwca 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski BRAT 2 (Брат-2), reż. Aleksiej Bałabanow, 2000
Jest cały na YT po rosyjsku:
Uczestnicząc w programie telewizyjnym, Daniła Bagrow spotyka swoich przyjaciół z Czeczeni. Jednego z nich nagle zabijają. Daniła wie, że tamten miał problemy przez swego brata - hokeistę z USA, więc jedzie tam pomścić przyjaciela. Rosjanin podpada rosyjskiej i amerykańskiej mafii, ale jest profesjonalistą...
2/ film włoski DZIECI PATRZĄ NA NAS (I bambini ci guardano), reż. Vittorio De Sica, 1943
Na YT cały film w oryginale:
Historia czteroletniego chłopca Prico. Jego matka, Nina, zostawia jego ojca, Andrea, dla kochanka - Roberto. Prico zostaje odesłany do ciotki, a następnie do babki. Kiedy chłopiec choruje, Nina powraca, porzuciwszy Roberto. Sytuacja rodzinna powoli poprawia się, aż do czasu wakacji na Włoskiej Rivierze.
3/ film czeski WSZYSCY DOBRZY RODACY (Všichni dobří rodáci), reż. Vojtěch Jasný, 1968
Na YT fragment w kościele :)
Ocenas, Frantisek, Jozka Pyrk, Bertin i Zasinek wraz z pozostałymi mieszkańcami wsi radośnie witają koniec II wojny i nadejście wolności. W karczmie przy piwie i muzyce, wieczorami wszyscy zgodnie zabawiają się . Wspólnota rozpada się w 1948 r. Musi powstać spółdzielnia produkcyjna i wyłania jej kilkuosobowy zarząd. A by wszystko było zgodne z nowymi przepisami, ze swojej ziemi zostaje wywłaszczony najbogatszy gospodarz Kurfirt, a odjeżdżając ze wsi przepowiada, że nowi właściciele zmarnują jego kwitnące gospodarstwo i to szybciej niż myślą.
4/ film japoński KIKUJIRO (Kikujirô no natsu), reż. Takeshi Kitano, 1999
Na YT trailer:
Masao jest 9-letnim chłopcem, który po szkole zawsze wraca do pustego domu swojej babki w Tokio, gdzie nikt na niego nie czeka. Jego ojciec nie żyje, a matka mieszka gdzieś daleko, ale Masao - który jak na dziecko ma zbyt poważne podejście do wszystkiego, co robi - znajduje w końcu jej adres. Chłopiec chce odnaleźć matkę, a w podróży ma mu towarzyszyć przyjaciel jego babki - Kikujiro - hazardzista, którego nie rozpieszczało życie, ale nie stoczył się na samo dno. Kikujiro niespecjalnie lubi dzieci. Bohaterowie udają się w długą drogę, w czasie której obaj się dużo nauczą.
To wygląda na coś podobnego w tematyce do My, mężczyźni radzieckiego. Poprzednim filmem Kitano czyli HANA-BI jestem po prostu zachwycona!
Etykiety:
Eseistyka,
Nowy Jork,
Reportaże,
USA,
W tym tygodniu oglądam,
Z własnej półki
sobota, 7 czerwca 2014
Zofia Chądzyńska - Życie za życie
Zofia Chądzyńska wielką tłumaczką była, to wiemy. Zawdzięczamy jej poznanie literatury iberoamerykańskiej. Ale była też pisarką. Zadebiutowała powieścią Ślepi bez lasek w 1959 roku. Jednak najbardziej znane są jej powieści dla młodzieży: Przez ciebie, Drabie, Życie za życie, Statki, które mijają się nocą. Toteż postanowiłam zapoznać się z jedną z nich.
Stoi ona sobie zazwyczaj jak Bóg przykazał wśród innych dziecinno-młodzieżowych:
W dawnym dziecinnym pokoju. Córka się potem ze mną zamieniła na spanie, ale nie pozwala powyrzucać tych wszystkich pierdółek, które zalegają półki. Nawet dziecięce puzzle musiały zostać! Moim wielkim marzeniem jest pozbyć się tego i ładniutko równiutko poustawiać książki :)
Na grzbietach niektórych książek bystre oko zauważy numerki... tak, już za dziecinnych lat miałam biblioteczne inklinacje :) przy czym książki, w zależności od aktualnego stanu stosunków siostrzano-braterskich, raz były liczone razem, a raz osobno i przenumerowywane ;)
Teraz, gdy się przyglądam całemu bajzlowi na tych regałach, zauważam, że przecież stojący na drugiej półce od góry po prawej pojemnik brązowy po płynie do szyb (mający ze 20 lat) - naprawdę nie musi tam stać. To nie jest jego miejsce. Mało tego - wymyślono już w międzyczasie wygodniejsze ustrojstwa. Ale co to znaczy siła przyzwyczajenia. Jak tylko zabieram się za skrapianie pościeli przed prasowaniem, to po omacku mogę wyciągnąć rękę po ten "spryskiwacz"... I co to robi wśród książek?
Książka została wydana w serii Biblioteka Młodych, przeze mnie nazywana od zawsze cieniowaną serią.
Na okładce zamieszczono zdjęcie pisarki:
oraz krótką notę biograficzną:
Kto chciałby się dowiedzieć więcej o bardzo ciekawych kolejach losu Chądzyńskiej, niech zajrzy tutaj - to fragment pracy magisterskiej jej poświęconej.
Życie za życie jest opowieścią o nastolatku Marku, mieszkającym wraz z owdowiałą matką na śluzie, którą wspólnie obsługują. Właśnie opis życia tej śluzy, jej funkcjonowania jest dla mnie największą wartością powieści - bo to temat kompletnie mi obcy. Nigdy nie byłam na Mazurach, nigdy nie płynęłam kajakiem. Mój brat mógłby za to dużo na ten temat powiedzieć, jako fanatyk wody do tego stopnia, że najpierw wybudował sobie przed domem basen - i to na dwa kroki przed oknami-drzwiami salonu, żeby zbyt daleko do niego nie mieć - a potem, jako że mu było mało, zrobił z drugiej strony domu staw... ale ciągle było mało, zwłaszcza zimą, więc dostawił za stawem takie Ufo... jacuzzi mianowicie:
Śnieg wokół zalega, a on sobie leży w gorącej wodzie :) Cóż, są różne zboczenia :) Ten ci to mój brat zna Krainę Tysiąca Jezior jak własną kieszeń i z takich śluz korzystał nieraz.
Wracając jednak do śluzy z naszej powieści i jej pracowników. Marek jest od czasu nieszczęsnej śmierci ojca, przystrzelonego przez kłusownika, zaniedbywany przez matkę, dla której mąż był centrum wszechświata. Do dziś mówią w okolicy, że "nie było i nie będzie drugiej takiej pary jak Wyderkowie". Tak, to była wielka miłość. Gdy ojciec zginął, śluzowa mało nie oszalała. Z wesołej dziewczyny w parę tygodni zrobiła się suchą czarną jędzą, która długie lata nie otwierała gęby, a jak zaczęła ją otwierać, to tylko po to, żeby urągać, komu popadło: synowi, siostrzenicy, nawet turystom prześluzowującym się przez sitkowską śluzę. Powiesiła nad komodą zdjęcie nieboszczyka, przed którym stawiała w lecie co dzień świeże kwiaty, w zimie dzień i noc paliła świece, i oznajmiła, że nie ruszy się stąd: tu jej mąż umarł, tu i ona będzie pochowana.
Serca do syna nie miała i chłopiec właściwie chował się sam. Przyglądał się pracy na śluzie, jako pięcioletni brzdąc skakał po spławianych balach, a zaprzyjaźnił się jedynie z wiejskim głupkiem o gołębim sercu, starym Grześkiem. Gdy skończył siedem lat, zaczęli się z nim męczyć w szkole. Z miejsca podporządkował sobie klasę, a stary kierownik Adamiec nie umiał dać sobie z nim rady. Przepychał go więc tylko z roku na rok, zwłaszcza że Marek okazał wielki talent - pływacki. Pławił go jeszcze ojciec jako trzyletniego szkraba, a potem miał szczęście spotkać wśród wczasowiczów mistrza juniorów w pływaniu, który zainteresował się robiącym nadzieje chłopakiem i wyuczył go nowych stylów. Marzeniem Marka stał się wówczas... Pałac Kultury, sekcja pływacka. Na razie trenował zawzięcie pod okiem nowego nauczyciela w-f i przygotowywał się do startu w mistrzostwach. Wszystko jednak popsuła nowa nauczycielka. Ostrzegała Marka - jak tak dalej pójdzie z jego nauką, do następnej klasy nie przejdzie. A przecież i do zawodów wówczas nie zostanie dopuszczony. Marek bimbał sobie na to, nie wierząc w pogróżki Kudły - ale te się jednak spełniły. Pani Kudelska zostawiła go na drugi rok w piątej klasie. Cztery lata przygotowań do wymarzonych zawodów, które miały stać się startem do wyczynowego uprawiania sportu, do tego wyimaginowanego Pałacu Kultury poszły na marne.
I w tym właśnie podłym nastroju spotyka Marek jakieś coś, co pyta o drogę do Sitkowa: ni to chłopak, ni to dziewczynka. Gdy potem owa, jak się okazuje, Helena pojawia się na jeziorze, gdzie Marek pływa kajakiem i zwierza się, że pływać nie umie i boi się wody, chłopak postanawia poddać ją próbie. Odpycha od brzegu kajak z siedzącą dziewczynką i udaje, że nie może się do niego dostać. Helena najadła się strachu, ale nie okazała tego po sobie, czym Markowi bardzo zaimponowała, a nawet go zawstydziła za głupi kawał. Tak zaczyna się przyjaźń, która doprowadzi prawie do tragedii, ale i rozwiąże życiowe problemy Marka...
Jak wspomniałam na początku, podobały mi się opisy życia na śluzie. W dzieciństwie, gdy jeździliśmy cała rodziną na wczasy FWP (mówi to Wam coś?), zawsze mnie zastanawiało życie tubylców, zwłaszcza jak ono wygląda poza sezonem. Namiętnie pragnęłam zapoznać się z miejscowymi dziećmi, ale nigdy do tego nie doszło, jedyne przyjaźnie, jakie się wówczas zawiązywały, dotyczyły dzieci takich samych wczasowiczów jak my. Cóż, miejscowi nie wylegiwali się na plażach w grajdołach :) a sposób spędzania czasu nie zależał ode mnie.
Chądzyńska ma bardzo bogaty, barwny język, pełno tu określeń, które nie wiadomo czy pochodzą z miejscowej gwary czy też wyobraźni autorki:
Matka stała na ganku czarna i rozkocudana jak wierzba na wietrze.
Wszystko w nim było jakieś zgręzłe, opęziałe, niczego mu się nie chciało.
Dylematy zaś moralne, jakie przyjdzie rozstrzygać zarówno młodocianym jak i dorosłym bohaterom tej książki, aktualne są do dziś.
Początek:
i koniec:
Wyd. Wydawnictwo Lubelskie Lublin 1979, wyd.III, 140 stron
Seria cieniowana /Biblioteka młodych
Z własnej półki
Przeczytałam 3 czerwca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Nie obyło się... wstąpiłam tak jakoś niechcący do Taniej Jatki znowu...
Czyli rosyjska tematyka w ataku. Po 12 zet.
Stoi ona sobie zazwyczaj jak Bóg przykazał wśród innych dziecinno-młodzieżowych:
W dawnym dziecinnym pokoju. Córka się potem ze mną zamieniła na spanie, ale nie pozwala powyrzucać tych wszystkich pierdółek, które zalegają półki. Nawet dziecięce puzzle musiały zostać! Moim wielkim marzeniem jest pozbyć się tego i ładniutko równiutko poustawiać książki :)
Na grzbietach niektórych książek bystre oko zauważy numerki... tak, już za dziecinnych lat miałam biblioteczne inklinacje :) przy czym książki, w zależności od aktualnego stanu stosunków siostrzano-braterskich, raz były liczone razem, a raz osobno i przenumerowywane ;)
Teraz, gdy się przyglądam całemu bajzlowi na tych regałach, zauważam, że przecież stojący na drugiej półce od góry po prawej pojemnik brązowy po płynie do szyb (mający ze 20 lat) - naprawdę nie musi tam stać. To nie jest jego miejsce. Mało tego - wymyślono już w międzyczasie wygodniejsze ustrojstwa. Ale co to znaczy siła przyzwyczajenia. Jak tylko zabieram się za skrapianie pościeli przed prasowaniem, to po omacku mogę wyciągnąć rękę po ten "spryskiwacz"... I co to robi wśród książek?
Książka została wydana w serii Biblioteka Młodych, przeze mnie nazywana od zawsze cieniowaną serią.
Na okładce zamieszczono zdjęcie pisarki:
oraz krótką notę biograficzną:
Kto chciałby się dowiedzieć więcej o bardzo ciekawych kolejach losu Chądzyńskiej, niech zajrzy tutaj - to fragment pracy magisterskiej jej poświęconej.
Życie za życie jest opowieścią o nastolatku Marku, mieszkającym wraz z owdowiałą matką na śluzie, którą wspólnie obsługują. Właśnie opis życia tej śluzy, jej funkcjonowania jest dla mnie największą wartością powieści - bo to temat kompletnie mi obcy. Nigdy nie byłam na Mazurach, nigdy nie płynęłam kajakiem. Mój brat mógłby za to dużo na ten temat powiedzieć, jako fanatyk wody do tego stopnia, że najpierw wybudował sobie przed domem basen - i to na dwa kroki przed oknami-drzwiami salonu, żeby zbyt daleko do niego nie mieć - a potem, jako że mu było mało, zrobił z drugiej strony domu staw... ale ciągle było mało, zwłaszcza zimą, więc dostawił za stawem takie Ufo... jacuzzi mianowicie:
Śnieg wokół zalega, a on sobie leży w gorącej wodzie :) Cóż, są różne zboczenia :) Ten ci to mój brat zna Krainę Tysiąca Jezior jak własną kieszeń i z takich śluz korzystał nieraz.
Wracając jednak do śluzy z naszej powieści i jej pracowników. Marek jest od czasu nieszczęsnej śmierci ojca, przystrzelonego przez kłusownika, zaniedbywany przez matkę, dla której mąż był centrum wszechświata. Do dziś mówią w okolicy, że "nie było i nie będzie drugiej takiej pary jak Wyderkowie". Tak, to była wielka miłość. Gdy ojciec zginął, śluzowa mało nie oszalała. Z wesołej dziewczyny w parę tygodni zrobiła się suchą czarną jędzą, która długie lata nie otwierała gęby, a jak zaczęła ją otwierać, to tylko po to, żeby urągać, komu popadło: synowi, siostrzenicy, nawet turystom prześluzowującym się przez sitkowską śluzę. Powiesiła nad komodą zdjęcie nieboszczyka, przed którym stawiała w lecie co dzień świeże kwiaty, w zimie dzień i noc paliła świece, i oznajmiła, że nie ruszy się stąd: tu jej mąż umarł, tu i ona będzie pochowana.
Serca do syna nie miała i chłopiec właściwie chował się sam. Przyglądał się pracy na śluzie, jako pięcioletni brzdąc skakał po spławianych balach, a zaprzyjaźnił się jedynie z wiejskim głupkiem o gołębim sercu, starym Grześkiem. Gdy skończył siedem lat, zaczęli się z nim męczyć w szkole. Z miejsca podporządkował sobie klasę, a stary kierownik Adamiec nie umiał dać sobie z nim rady. Przepychał go więc tylko z roku na rok, zwłaszcza że Marek okazał wielki talent - pływacki. Pławił go jeszcze ojciec jako trzyletniego szkraba, a potem miał szczęście spotkać wśród wczasowiczów mistrza juniorów w pływaniu, który zainteresował się robiącym nadzieje chłopakiem i wyuczył go nowych stylów. Marzeniem Marka stał się wówczas... Pałac Kultury, sekcja pływacka. Na razie trenował zawzięcie pod okiem nowego nauczyciela w-f i przygotowywał się do startu w mistrzostwach. Wszystko jednak popsuła nowa nauczycielka. Ostrzegała Marka - jak tak dalej pójdzie z jego nauką, do następnej klasy nie przejdzie. A przecież i do zawodów wówczas nie zostanie dopuszczony. Marek bimbał sobie na to, nie wierząc w pogróżki Kudły - ale te się jednak spełniły. Pani Kudelska zostawiła go na drugi rok w piątej klasie. Cztery lata przygotowań do wymarzonych zawodów, które miały stać się startem do wyczynowego uprawiania sportu, do tego wyimaginowanego Pałacu Kultury poszły na marne.
I w tym właśnie podłym nastroju spotyka Marek jakieś coś, co pyta o drogę do Sitkowa: ni to chłopak, ni to dziewczynka. Gdy potem owa, jak się okazuje, Helena pojawia się na jeziorze, gdzie Marek pływa kajakiem i zwierza się, że pływać nie umie i boi się wody, chłopak postanawia poddać ją próbie. Odpycha od brzegu kajak z siedzącą dziewczynką i udaje, że nie może się do niego dostać. Helena najadła się strachu, ale nie okazała tego po sobie, czym Markowi bardzo zaimponowała, a nawet go zawstydziła za głupi kawał. Tak zaczyna się przyjaźń, która doprowadzi prawie do tragedii, ale i rozwiąże życiowe problemy Marka...
Jak wspomniałam na początku, podobały mi się opisy życia na śluzie. W dzieciństwie, gdy jeździliśmy cała rodziną na wczasy FWP (mówi to Wam coś?), zawsze mnie zastanawiało życie tubylców, zwłaszcza jak ono wygląda poza sezonem. Namiętnie pragnęłam zapoznać się z miejscowymi dziećmi, ale nigdy do tego nie doszło, jedyne przyjaźnie, jakie się wówczas zawiązywały, dotyczyły dzieci takich samych wczasowiczów jak my. Cóż, miejscowi nie wylegiwali się na plażach w grajdołach :) a sposób spędzania czasu nie zależał ode mnie.
Chądzyńska ma bardzo bogaty, barwny język, pełno tu określeń, które nie wiadomo czy pochodzą z miejscowej gwary czy też wyobraźni autorki:
Matka stała na ganku czarna i rozkocudana jak wierzba na wietrze.
Wszystko w nim było jakieś zgręzłe, opęziałe, niczego mu się nie chciało.
Dylematy zaś moralne, jakie przyjdzie rozstrzygać zarówno młodocianym jak i dorosłym bohaterom tej książki, aktualne są do dziś.
Początek:
i koniec:
Wyd. Wydawnictwo Lubelskie Lublin 1979, wyd.III, 140 stron
Seria cieniowana /Biblioteka młodych
Z własnej półki
Przeczytałam 3 czerwca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Nie obyło się... wstąpiłam tak jakoś niechcący do Taniej Jatki znowu...
Czyli rosyjska tematyka w ataku. Po 12 zet.
czwartek, 5 czerwca 2014
Théo Fleischman - Zbieg z Wyspy Świętej Heleny
Tytuł mnie zwabił, no bo jak zbieg to wiadomo, że coś sensacyjnego :) A w dodatku Fleischman jako autor. Fleischmana przecież wszyscy znamy, prawda?
Chwila milczenia....
No, z Przystanku Alaska przecież :)
Co tam, że to całkiem inny Fleischman...
Rzeczony Fleischman stoi sobie tutaj:
To znaczy tam z tyłu. Teraz już będzie widoczny:
Tę półkę już pokazywałam przy okazji Wspólnej winy, ale coś tam w międzyczasie na niej przybyło...
Widok tego regału towarzyszy mi przy zasypianiu i przy budzeniu się. I jest krzepiący. Bowiem albowiem przypomina mi dzieciństwo. Mieliśmy dwa pokoje,a było nas czworo. W pewnym momencie rodzice zdecydowali, że ze względu na wiek zasługujemy z bratem na rozdzielenie, choćby symboliczne. Zamówiono regał, który miał stanąć w poprzek pokoju, zostawiając jedynie przejście koło okna. Ponieważ nie było wtedy jeszcze ogrzewania centralnego, tylko piece i tenże piec znalazł się po bratowej stronie, w celu wymuszenia cyrkulacji ciepła i do mojej części - półki na regale zaprojektowano dość wysokie, co było dla mnie udręką, bo przecież chciałam się od tego mojego brata odizolować - zapychałam więc przerwy książkami układanymi w poprzek. Regał był arcydziełem sztuki stolarsko-ślusarskiej w wykonaniu miejscowego Chłopka-Roztropka. Mój tapczan (była to tak naprawdę wersalka, ukochany mebel PRL-u) był przystawiony dłuższym bokiem do regału i też miałam wtedy widok na książki od rana do wieczora :) Muszę tu uściślić, że tamten regał był dwurzędowy, ale dostępny z obu stron, zaś mój obecny jest na tyle szeroki, by pozwolić ewentualnie książkom na dwurzędowość, ale stoi przy ścianie. Ma też ten plus w porównaniu ze starym, że półki zaczynają się od pewnej wysokości i pościel ich nie dotyka. A w dzieciństwie miałam pewien dyskomfort wynikający ze stykania się pościeli z zakurzonymi jednak książkami. No. To koniec tej budującej historii :)
Ach, zapomniałabym napisać o dalszych losach regału. Było ich właściwie dwa - drugi stał przy przeciwległej ścianie i miał zamontowany rozkładany blat, przy którym odrabiałam lekcje. Tenże regał ciągle jest u rodziców, tyle że pozbawiony blatu. Natomiast pierwszy regał wywędrował razem z wersalką, stołem, czterema krzesłami (oraz odpowiednią liczbą książek) na nasze z mężem pierwsze wynajmowane mieszkanie. Potem przewędrował do mojej obecnej siedziby i parę lat służył dzielnie jako mebel wielofunkcyjny, aż wreszcie został zastąpiony białymi półkami, rozebrany i wyniesiony do piwnicy. I: albo tam jeszcze jest albo go nie ma. Przyznam się, że do piwnicy zaglądać nie lubię. Córka z koleżanką, chcąc zyskać trochę miejsca na rower, zrobiły tam kiedyś litościwie porządek i mnóstwo rzeczy powyrzucały, nawet nie wiem, co zostało. Ostatnia moja tam bytność ograniczyła się do otwarcia drzwi panu od remontu łazienki i wskazaniu mu miejsca na podłodze, gdzie ma postawić pudełka z zapasowymi flizami. I tyle.
Nasz pan Théo Fleischman (1893-1979) był dziennikarzem, radiowcem i pisarzem. To on ponoć pierwszy w Belgii wymyślił radiowy dziennik, a było to w 1926 roku.
Na czym polegała jego wielka przyjaźń dla Polaków, wspomniana poniżej, milczą dzieje.
W każdym razie zapewne ta właśnie przyjaźń spowodowała, że zdecydowano się wydać po polsku jego drobiazg, zatytułowany Zbieg z Wyspy Świętej Heleny. Już na skrzydełku zastrzeżono, że jest to błahy żart - i tak jest rzeczywiście. To drobiażdżek, który z przyjemnością łykną bonapartyści (ciekawe swoją drogą, czy pozycja ta jest znana Łysiakowi), ale bez którego świat literacki się nie zawali. Nie mogę jednak powiedzieć, że żal mi straconego na lekturę czasu (zwłaszcza że książka cienka), bo nieco mi rozszerzyło horyzonty - w sensie poznania okoliczności zesłania Napoleona na wyspę Św. Heleny - jakoś nie jestem szczególnie mocna w historii Francji, no a poza tym to jednak wątek sensacyjny, domyślamy się co prawda jak skończy nieszczęsny Artur Pallafat, dla którego odnalezienie dowodu na ucieczkę Bonapartego z wyspy stało się idée fixe, niemniej jednak śledzimy postępy w sprawie z zapartym tchem :)
Dla mnie osobiście łakomym kąskiem był passus, poświęcony wizycie na Quai des Orfèvres. Wszakże tam, pod numerem 36, rezyduje...
Czy coś to Państwu przypomina?
:)
Miło, że belgijski pisarz złożył w ten ironiczny sposób hołd swemu wielkiemu rodakowi.
A więc co? Czytać? Nie czytać? Decydujcie sami. Dla panów - gratis instrukcje, jak zdobywać wdzięki nieznajomych dam :)
Inne tytuły serii KIK w 1969 roku:
Początek:
i koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1969, wyd.I, 168 stron
Tytuł oryginalny: L'évadé de Sainte- Hélène
Przełożył: Gabriel Karski
Seria KIK
Z własnej półki (kupione na allegro 21 listopada 2012 roku za 1 zł)
Przeczytałam 2 czerwca 2014 roku
OBEJRZAŁAM FILM RADZIECKI
Zatytułowany Мы, двое мужчин czyli My, mężczyźni. Wyreżyserował go w 1962 roku Jurij Łysienko, a scenariusz powstał na podstawie powieści Anatolija Kuzniecowa pod tym samym tytułem. Główne role zagrali Wasilij Szukszyn i 8-letni Walerij Korol. Zagrali koncertowo!
Jednym z dwóch bohaterów filmu jest Misza, kierowca, wolny ptak, niezbyt przejmujący się ludźmi czy nawet swoimi obowiązkami. Właściwie na każdą wymówkę ma jedną odpowiedź: no i co?
Niespecjalnie się przejął kobietami czekającymi w deszczu na podwiezienie ich ciężarówką do miasta:
Co gorsza, również reprymenda od szefa, który już dwie godziny wcześniej kazał mu jechać po nowy transformator, bo kołchoz został bez prądu, też spotkała się z tego typu odpowiedzią. Wszak przyjemniej jest pić piwko z innymi szoferami.
Ochrzaniony przez kierownika Misza wreszcie decyduje się ruszyć w drogę, ale jego mina mówi o stanie ducha...
A tu jeszcze miejscowa nauczycielka wpycha mu do szoferki swojego malca i prosi o kupienie mu w mieście ubrania, bo we wrześniu idzie do szkoły, a wydarł się ze spodni. Ona tymczasem nie może zwolnić się ze szkoły.
Jasne jak słońce, że Misza odmawia. Czego?? i wyrzuca Jurkę z auta.
Gdy jednak nauczycielka, sama wychowująca Jurkę, pyta, czemu UDAJE bestię, Misza mięknie i zabiera chłopaka ze sobą.
Początki znajomości nie są najlepsze. Misza wymyśla matce Jurki od idiotek, dopytuje się, kto jest jego ojcem i stwierdza, że tak nie bywa, gdy malec oznajmia, ze nie miał ojca. Powoli jednak szereg wydarzeń po drodze zbliża ich do siebie. Jurka "pomaga" ruszyć ciężarówce, gdy koła jej zabuksowały w błocie, zabierają do szpitala żonę marynarza, która ma rodzić:
Ciężarówkę zatrzymuje mężczyzna, prosząc o podwiezienie do weterynarza chorego konia:
Wreszcie docierają do przeprawy przez rzekę, wjeżdżają na prom, tam Misza spotyka koleżków, którzy częstują Jurkę wódką:
Wreszcie po wielu przygodach przyjeżdżają do miasta. Zatrzymują się u kolejnej znajomej Miszy, której ten obiecał zabić cielaczka.
Jurka tymczasem zawiera znajomość z dziewczynką w swoim wieku, która pokazuje mu zepsuty saturator - gdy go stuknąć, woda sodowa leje się za darmo :)
Zbiegają się chłopaki oglądać i krytykować ciężarówkę, toteż wybucha bitka, przerwana dopiero przez Miszę.
Do tej pory Misza zdążył już kilkakrotnie podać się za ojca chłopca, polubił go, a może nawet coś więcej... poczuł, że czegoś mu w życiu brak, że jałowe to życie i bez większego sensu, że brak w nim rodziny, bliskich ludzi, że dobrze jest też ponosić za kogoś odpowiedzialność... po prostu budzi się w nim dusza.
W końcu znajdują sklep z ubraniami dla dzieci i z wielkim trudem - bo Jurka jest rzekomo "niestandardowy", ubrania są za długie albo za krótkie, Misza urządza awanturę, by zdjęto odpowiednie spodnie z manekina - kupują i garnitur i nowe buty.
Oglądają też wystawę sklepu z zabawkami, a na niej wymarzony samochodzik:
Pójdą do teatru na przedstawienie dla dzieci, na lody, spędzą noc pod gołym niebem na pace ciężarówki, a następnego ranka znów załadują kobiety z tobołami i ruszą w drogę powrotną. Żaden z nich nie będzie już taki sam...
W całości i oryginale tutaj:
Mega wzruszająca opowieść o tym, co ważne w życiu - która długie lata przeleżała na półce, bowiem jej scenarzysta Anatolij Kuzniecow wybrał wolność.
Chwila milczenia....
No, z Przystanku Alaska przecież :)
Co tam, że to całkiem inny Fleischman...
Rzeczony Fleischman stoi sobie tutaj:
To znaczy tam z tyłu. Teraz już będzie widoczny:
Tę półkę już pokazywałam przy okazji Wspólnej winy, ale coś tam w międzyczasie na niej przybyło...
Widok tego regału towarzyszy mi przy zasypianiu i przy budzeniu się. I jest krzepiący. Bowiem albowiem przypomina mi dzieciństwo. Mieliśmy dwa pokoje,a było nas czworo. W pewnym momencie rodzice zdecydowali, że ze względu na wiek zasługujemy z bratem na rozdzielenie, choćby symboliczne. Zamówiono regał, który miał stanąć w poprzek pokoju, zostawiając jedynie przejście koło okna. Ponieważ nie było wtedy jeszcze ogrzewania centralnego, tylko piece i tenże piec znalazł się po bratowej stronie, w celu wymuszenia cyrkulacji ciepła i do mojej części - półki na regale zaprojektowano dość wysokie, co było dla mnie udręką, bo przecież chciałam się od tego mojego brata odizolować - zapychałam więc przerwy książkami układanymi w poprzek. Regał był arcydziełem sztuki stolarsko-ślusarskiej w wykonaniu miejscowego Chłopka-Roztropka. Mój tapczan (była to tak naprawdę wersalka, ukochany mebel PRL-u) był przystawiony dłuższym bokiem do regału i też miałam wtedy widok na książki od rana do wieczora :) Muszę tu uściślić, że tamten regał był dwurzędowy, ale dostępny z obu stron, zaś mój obecny jest na tyle szeroki, by pozwolić ewentualnie książkom na dwurzędowość, ale stoi przy ścianie. Ma też ten plus w porównaniu ze starym, że półki zaczynają się od pewnej wysokości i pościel ich nie dotyka. A w dzieciństwie miałam pewien dyskomfort wynikający ze stykania się pościeli z zakurzonymi jednak książkami. No. To koniec tej budującej historii :)
Ach, zapomniałabym napisać o dalszych losach regału. Było ich właściwie dwa - drugi stał przy przeciwległej ścianie i miał zamontowany rozkładany blat, przy którym odrabiałam lekcje. Tenże regał ciągle jest u rodziców, tyle że pozbawiony blatu. Natomiast pierwszy regał wywędrował razem z wersalką, stołem, czterema krzesłami (oraz odpowiednią liczbą książek) na nasze z mężem pierwsze wynajmowane mieszkanie. Potem przewędrował do mojej obecnej siedziby i parę lat służył dzielnie jako mebel wielofunkcyjny, aż wreszcie został zastąpiony białymi półkami, rozebrany i wyniesiony do piwnicy. I: albo tam jeszcze jest albo go nie ma. Przyznam się, że do piwnicy zaglądać nie lubię. Córka z koleżanką, chcąc zyskać trochę miejsca na rower, zrobiły tam kiedyś litościwie porządek i mnóstwo rzeczy powyrzucały, nawet nie wiem, co zostało. Ostatnia moja tam bytność ograniczyła się do otwarcia drzwi panu od remontu łazienki i wskazaniu mu miejsca na podłodze, gdzie ma postawić pudełka z zapasowymi flizami. I tyle.
Nasz pan Théo Fleischman (1893-1979) był dziennikarzem, radiowcem i pisarzem. To on ponoć pierwszy w Belgii wymyślił radiowy dziennik, a było to w 1926 roku.
Na czym polegała jego wielka przyjaźń dla Polaków, wspomniana poniżej, milczą dzieje.
W każdym razie zapewne ta właśnie przyjaźń spowodowała, że zdecydowano się wydać po polsku jego drobiazg, zatytułowany Zbieg z Wyspy Świętej Heleny. Już na skrzydełku zastrzeżono, że jest to błahy żart - i tak jest rzeczywiście. To drobiażdżek, który z przyjemnością łykną bonapartyści (ciekawe swoją drogą, czy pozycja ta jest znana Łysiakowi), ale bez którego świat literacki się nie zawali. Nie mogę jednak powiedzieć, że żal mi straconego na lekturę czasu (zwłaszcza że książka cienka), bo nieco mi rozszerzyło horyzonty - w sensie poznania okoliczności zesłania Napoleona na wyspę Św. Heleny - jakoś nie jestem szczególnie mocna w historii Francji, no a poza tym to jednak wątek sensacyjny, domyślamy się co prawda jak skończy nieszczęsny Artur Pallafat, dla którego odnalezienie dowodu na ucieczkę Bonapartego z wyspy stało się idée fixe, niemniej jednak śledzimy postępy w sprawie z zapartym tchem :)
Dla mnie osobiście łakomym kąskiem był passus, poświęcony wizycie na Quai des Orfèvres. Wszakże tam, pod numerem 36, rezyduje...
Czy coś to Państwu przypomina?
:)
Miło, że belgijski pisarz złożył w ten ironiczny sposób hołd swemu wielkiemu rodakowi.
A więc co? Czytać? Nie czytać? Decydujcie sami. Dla panów - gratis instrukcje, jak zdobywać wdzięki nieznajomych dam :)
Inne tytuły serii KIK w 1969 roku:
Początek:
i koniec:
Wyd. PIW Warszawa 1969, wyd.I, 168 stron
Tytuł oryginalny: L'évadé de Sainte- Hélène
Przełożył: Gabriel Karski
Seria KIK
Z własnej półki (kupione na allegro 21 listopada 2012 roku za 1 zł)
Przeczytałam 2 czerwca 2014 roku
OBEJRZAŁAM FILM RADZIECKI
Zatytułowany Мы, двое мужчин czyli My, mężczyźni. Wyreżyserował go w 1962 roku Jurij Łysienko, a scenariusz powstał na podstawie powieści Anatolija Kuzniecowa pod tym samym tytułem. Główne role zagrali Wasilij Szukszyn i 8-letni Walerij Korol. Zagrali koncertowo!
Jednym z dwóch bohaterów filmu jest Misza, kierowca, wolny ptak, niezbyt przejmujący się ludźmi czy nawet swoimi obowiązkami. Właściwie na każdą wymówkę ma jedną odpowiedź: no i co?
Niespecjalnie się przejął kobietami czekającymi w deszczu na podwiezienie ich ciężarówką do miasta:
Co gorsza, również reprymenda od szefa, który już dwie godziny wcześniej kazał mu jechać po nowy transformator, bo kołchoz został bez prądu, też spotkała się z tego typu odpowiedzią. Wszak przyjemniej jest pić piwko z innymi szoferami.
Ochrzaniony przez kierownika Misza wreszcie decyduje się ruszyć w drogę, ale jego mina mówi o stanie ducha...
A tu jeszcze miejscowa nauczycielka wpycha mu do szoferki swojego malca i prosi o kupienie mu w mieście ubrania, bo we wrześniu idzie do szkoły, a wydarł się ze spodni. Ona tymczasem nie może zwolnić się ze szkoły.
Jasne jak słońce, że Misza odmawia. Czego?? i wyrzuca Jurkę z auta.
Gdy jednak nauczycielka, sama wychowująca Jurkę, pyta, czemu UDAJE bestię, Misza mięknie i zabiera chłopaka ze sobą.
Początki znajomości nie są najlepsze. Misza wymyśla matce Jurki od idiotek, dopytuje się, kto jest jego ojcem i stwierdza, że tak nie bywa, gdy malec oznajmia, ze nie miał ojca. Powoli jednak szereg wydarzeń po drodze zbliża ich do siebie. Jurka "pomaga" ruszyć ciężarówce, gdy koła jej zabuksowały w błocie, zabierają do szpitala żonę marynarza, która ma rodzić:
Ciężarówkę zatrzymuje mężczyzna, prosząc o podwiezienie do weterynarza chorego konia:
Wreszcie docierają do przeprawy przez rzekę, wjeżdżają na prom, tam Misza spotyka koleżków, którzy częstują Jurkę wódką:
Wreszcie po wielu przygodach przyjeżdżają do miasta. Zatrzymują się u kolejnej znajomej Miszy, której ten obiecał zabić cielaczka.
Jurka tymczasem zawiera znajomość z dziewczynką w swoim wieku, która pokazuje mu zepsuty saturator - gdy go stuknąć, woda sodowa leje się za darmo :)
Zbiegają się chłopaki oglądać i krytykować ciężarówkę, toteż wybucha bitka, przerwana dopiero przez Miszę.
Do tej pory Misza zdążył już kilkakrotnie podać się za ojca chłopca, polubił go, a może nawet coś więcej... poczuł, że czegoś mu w życiu brak, że jałowe to życie i bez większego sensu, że brak w nim rodziny, bliskich ludzi, że dobrze jest też ponosić za kogoś odpowiedzialność... po prostu budzi się w nim dusza.
W końcu znajdują sklep z ubraniami dla dzieci i z wielkim trudem - bo Jurka jest rzekomo "niestandardowy", ubrania są za długie albo za krótkie, Misza urządza awanturę, by zdjęto odpowiednie spodnie z manekina - kupują i garnitur i nowe buty.
Oglądają też wystawę sklepu z zabawkami, a na niej wymarzony samochodzik:
Pójdą do teatru na przedstawienie dla dzieci, na lody, spędzą noc pod gołym niebem na pace ciężarówki, a następnego ranka znów załadują kobiety z tobołami i ruszą w drogę powrotną. Żaden z nich nie będzie już taki sam...
W całości i oryginale tutaj:
Mega wzruszająca opowieść o tym, co ważne w życiu - która długie lata przeleżała na półce, bowiem jej scenarzysta Anatolij Kuzniecow wybrał wolność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































