Reportaż z czasów dawno minionych. Autorka idzie śladami swojej matki-stomatologa, a potem rozszerza poszukiwania, trafia do potomków dentystów, którzy zaraz po wojnie jeździli po wsiach Ruchomymi Ambulansami Dentystycznymi. Raczej nie z własnego wyboru - po ukończeniu studiów dostawali nakaz pracy i rzadko opiewał on na miasto, w którym się uczyli, bo w miastach sytuacja na rynku pracy służby zdrowia była lepsza, a tragicznie było właśnie na wsi czy w małych miasteczkach.
Moja mama też dostała nakaz pracy po ukończeniu Studium Nauczycielskiego i wyjechała w białostockie. Och, o ileż spraw chciałabym ją teraz zapytać...
Jedni traktowali to jako dopust boży, inni nie przejmowali się ani ciężkimi warunkami pracy ani jeszcze gorszymi mieszkaniowymi. Bo to nie było tak, że rano ambulans z obsadą (lekarz plus kierowca plus pomoc dentystyczna) wyruszał ze stolicy czy innego Poznania i pod wieczór wracał. Wyjeżdżało się na długo. Kierownik szkoły był wcześniej zawiadamiany, że ambulans przyjedzie i miał za zadanie przygotować noclegi, ale często nie palił się do tej roboty. Załoga ambulansu czasem spała w jakiejś zimnej kanciapie w szkole, czasem w samym ambulansie. Obsłużywszy głównie dziatwę szkolną i pracowników spółdzielni rolniczych - ci mieli dentystę za darmo - oraz ewentualnie nieco zarobiwszy na prywatnych rolnikach (tu bardzo przydatny był proboszcz, który ogłaszał z ambony, że ten ambulans przyjechał i stacjonuje przed szkołą i można się zgłaszać, więc trzeba było z nim trzymać sztamę) ambulans ruszał do kolejnej miejscowości. I od nowa to samo. Praca często od rana do wieczora. Sprawozdawczość: czy zrealizowany plan przeglądów, ekstrakcji, wypełnień. Czy wypełniony zeszyt ewidencji spirytusu.
Stan higieny na wsi fatalny. Większość mieszkańców nie tylko w życiu dentysty nie widziała, ale i szczoteczki do zębów. Trzeba więc też było się zająć pracą oświatową na ugorze czyli podnoszeniem świadomości zdrowotnej i higienicznej ludności.
Przeczytajcie tylko fragmenty poniżej...
Wierzyć się nie chce, że to przecież było tak niedawno. A czy dziś jest lepiej? Z dostępem do dentysty na wsi na pewno nie.
Książka ciekawa. Irytująca jedynie maniera autorki polegająca na robieniu na siłę porównań dentystycznych 😁 styl drętwy jak policzek po znieczuleniu, czerwony krawat pali go niczym ropiejący wrzód.
Wyd. ZNAK, Kraków 2024, 397 stron
Z biblioteki
Przeczytałam 20 stycznia 2026 roku
Dzień z życia emerytki
Na obiad resztki z lodówki czyli kaszotto. I - ha ha ha - zrobiłam, jak risotto w PRL-u czyli z ugotowaną kaszą, ale następnym razem już będzie po bożemu.
Jako że byłyśmy niedaleko centrum handlowego, wstąpiłyśmy tu i tam (aczkolwiek uciekałam czym prędzej, żeby się nie ugotować; dlaczego tak grzeją w sklepach, to jest nie do wytrzymania 😢). Rezultat - Wielkanoc w domu i zagrodzie 🤣 Choinki jeszcze nie rozbieram, mam czas. Kuzynce się sama rozebrała - przewróciła się. Większość bombek (w Krakowie zwanych bańkami) potłukła się oczywiście.
Tośmy sobie pospacerowały, a wczoraj w ogóle nie wychodziłam, okropna jakość powietrza, nawet alert przyszedł (żadnej aktywności fizycznej na dworze!) - dziś też, a MPK zarządziło darmową komunikację. Chciałabym iść na kroki (i na siłownię), ale wybór jest między mniejszym i większym złem. Mogłabym pochodzić po schodach w bloku: iść w górę, a zjeżdżać w dół (ponoć schodzenie w dół jest niezdrowe dla stawów czy coś), ale to też ryzykowna sprawa, bowiem w weekend spadła winda w jednym z bloków na naszym osiedlu 😂 Jechała nią 83-letnia kobieta na piąte piętro, winda zleciała na drugie i tam się zatrzymała (dowiedziałam się przy tej okazji, że jest takie zabezpieczenie, lina wyhamowująca), strażacy panią wydobyli, coś tam sobie uraziła tylko.
Siedzę więc w domu i dalej kataloguję. Przyszedł mail z klasztoru z potwierdzeniem rezerwacji na sierpień. To już mam dwie, bo zrobiłam też w tym nowym, u sióstr. I nie wiem, którą wybrać, a którą skasować.
U sióstr mam na maj, ale w sierpniu nie są dostępne te pokoje na I piętrze (tam gdzie byłam w zeszłym roku), tylko wyżej, gdzie w ciągu roku szkolnego jest coś w rodzaju internatu. I tam nie ma już różnych udogodnień z I piętra (na przykład czajnik jest tylko na korytarzu, w aneksie kuchennym). Dodatkowo za WC w pokoju trzeba dopłacać 120 koron na dzień. Znaczy pokoje są z łazienkami, ale toalety na korytarzu, takich ze sraczem jest kilka zaledwie. Po podwyżce cen wychodzi doba na 970 koron. Tymczasem w klasztorze cena na razie jest po staremu - 780 koron (oczywiście mogą jeszcze podnieść).
U sióstr było w zeszłym roku po 650, teraz jest prawie dwie stówki drożej niż u braci, to mam obiad i nawet jeszcze piwo do niego 😂
Skłaniam się ku opcji, żeby w maju jeździć do sióstr na I piętro z kibelkiem, a w sierpniu do braci, gdzie takich ograniczeń nie ma. Wilk syty i owca cała. Tylko walizę trzeba do klasztoru dalej targać, ale pies drapał, za to upały nie grożą w grubych klasztornych murach, a u sióstr nie wiadomo, jak to w lecie wygląda, bo to zwykła kamienica, jak okno wychodzi na południe, to może być tragicznie.
A skoro już o Pradze - czeski premier popisał się na konferencji prasowej, gdy zapytano go, czy może coś powiedzieć odnośnie sytuacji z Grenlandią.
- Ja sobie kupiłem taki wielki piękny globus (tu odpowiedni gest rękoma, jak wielki) za 15 tysięcy koron, żebym zobaczył, gdzie ta Grenlandia jest.
Oczywiście internet zalany memami. Nowy przelicznik: ile masz emerytury? Jeden globus. Takich mamy rządzących, czy oni czy my...












Choinka może stać spokojnie do 2 lutego.
OdpowiedzUsuńDentysta - teraz jest o tyle lepiej niż w czasach PRL-u, że jeśli masz kasę, to możesz sobie łatwiej znaleźć dobrego, jest większy wybór. Jak nie masz kasy to zębów nie potrzebujesz.
Choinka może stać spokojnie do kiedy chcę, nie stawiam sobie ograniczeń nie z mojej bajki 😁
UsuńNa NFZ też przecież dentysta jest. I nawet mam koleżankę, która tak korzysta. W sensie, że stać ją prywatnie, ale twierdzi, że tam, gdzie chodzi, jest świetnie...
Ale czytałam, że są tam duże ograniczenia, choćby w rodzajach plomb.
Ha, a ja myślałam, że ty na dół po poreczy.
OdpowiedzUsuńUśmiałam się 😂😂😂
UsuńJa i po poręczy!
Nawet nie pamiętam, czy w dzieciństwie zjeżdżałam. Ale tam w Dżendżejowie byłoby mocno niebezpiecznie.
"A czy dziś jest lepiej? Z dostępem do dentysty na wsi na pewno nie."
OdpowiedzUsuńDzisiejsze wieś jest zmotoryzowana. Jeśli nie ktoś z rodziny, to sąsiad ma samochód i podwiezie do najbliższego miasteczka z gabinetem.
Dentystów jest zwyczajnie więcej. Działa (z pewnymi zastrzeżeniami) bezpłatna służba dentystyczna. W szkołach podstawowych prowadzi się od lat akcje uświadamiające, fluoryzowanie zębów. Od czasów które opisuje ta książka BARDZO wiele się zmieniło na plus.
Ale, Fielorybowa chodziła w latach '70/'80do szkoły podstawowej w której większość stanowiły dzieci z okolicznych wsi. Stąd moja wiedza - był czasem dramat z tymi dziećmi. Niedomyte, biednie ubrane maluchy z niezbyt rozgarniętymi rodzicami, dla których PGR był ostoją i jedynym żywicielem. Można sobie wyobrazić.
Tyle się naczytałam o wykluczeniu komunikacyjnym wsi, że mocno w nie wierzę... Zresztą choćby przykład Dariusza, który do mamy na wsi jeździ w tygodniu, bo w weekend busy nie kursują.
UsuńPewnie, że jak jest samochód w rodzinie to inna sprawa. Na sąsiadów wolałabym nie liczyć, zwłaszcza, że u dentysty zazwyczaj się czeka.
Dawne wsie popegeerowskie, dramat.
Auto używane można już dziś kupić od 3-5 tysięcy. Oczywiście nie jest to demon prędkości urody i wygody, i bywa, że z czasem drugie tyle trzeba włożyć w naprawę, przeglądy i konserwację, ale daje niezależność od kaprysów pogody i rozkładów jazdy lokalnych (auto)busów.
UsuńOd wiosny do wczesnej jesieni można używać jednośladów (popularne są niedrogie skuterki).
Wielu ludzi w ten sposób dojeżdża z okolicznych wsi do fabryki w której pracuję.
Pozdrawiam, Nieryba
"Nowy przelicznik: ile masz emerytury [na globusy]?"
OdpowiedzUsuńSwego czasu Sasin wydał 70 milionów na nieudane wybory kopertowe. Widziałem wtedy mem z banknotem o nominale 1 SASINA z podobizną polityka. :-)
Tak, były takie memy z walutą jeden sasin 😂
UsuńU nas taka mała choineczka kilka lat temu stała rok, bo się jakoś tak fajnie zeschła, że igły w ogóle nie spadały😁 tylko ciur zbladła, poza tym była jak nowa to żal wyrzucać hehe.
OdpowiedzUsuńO globusie czytałam🤣Nie wiedziałam, że w Czechach też taki głupi premier.
U moich dzieci tak właśnie wyglądało dbanie o zęby w szkole, że był przegląd i dostawali kopertę z zaleceniami. U mnie w podstawówce była na stałe dentystka. O tych dentobusach ciekawe, nie słyszałam o czymś takim. Miałam koleżankę dentystkę, pracowała na wsi w ośrodku zdrowia i było tam ponoć nawet ok z higieną u chłopów, na początku lat 90. Mówiła, że podobnie jak w mieście, a studiowała i miała praktyki w Trójmieście. Jedni dbali bardziej, inni mniej, ale hardcorowych historii typu "jeden ząb został" nie było. Chociaż może ci z jednym zębem do niej nie przychodzili 😜
W Pradze bym chyba wybrała najtańszą opcję z własnym kabelkiem. Może być skromnie, ale czystość i łazienka to podstawa. Kiedyś to było normalne, że się chodziło myć gdzieś na piętrze, ale już bym chyba tak nie umiała.
Ja też wczoraj nie wyszłam w ogóle, dziś tylko do Biedry. Ten ziąb wprawił mnie w jakiś letarg gnuśny i zły humor, mam juz go serdecznie dość 👿
U nas z kolei swego czasu choinka stała do Wielkanocy, została ubrana jajkami etc. No, ale sztuczna 😁 Jednak ROK to przebijasz wszystko. Oprócz tej koleżanki mojej z pracy w Maiusie, która mieszkając z rodzicami w domu jak raz pięknie choinkę ubrała, tak ją po świętach wyekspediowała do zamkniętego pokoju otuloną jedynie czymś tam przed kurzem. I na następne Boże Narodzenie choinka była tylko przesuwana 🤣
UsuńAch, czyli polski internet globus też obiegł 😉Premier głupi, ale cwany - u władzy, bo inaczej w pierdlu. Znamy to i u nas, prawdaż.
U mnie w podstawówce też był gabinet dentystyczny. Jak czytałam książkę to zaraz mi się przypomniał ten horror z wolnoobrotową wiertarką. W książce jest wspomniane, że ten dźwięk wiertarki (obojętne czy wolnej czy szybkiej) został wciągnięty na listę 10 najbardziej przykrych dźwięków.
Mówi się też o tym, że jakiś tam procent kobiet w wieku 30-40 lat było kompletnie bezzębnych. Na wsi znaczy.
Jasne, że z kibelkiem, nie ma innej opcji. Teraz tylko rozkmina, czy płacić więcej czy mniej za to dobrodziejstwo cywilizacji czyli siostry czy bracia 😁
Tak się zastanawiam - jak w dzieciństwie jeździliśmy z rodzicami na wczasy, czy tam były własne łazienki? Pewnie nie.
Zimno mnie nawet tak nie wkurza (choć jak mi przyjdzie płacić w grudniu za centralne, to się nie pozbieram), tylko ten smog - ja chcę na kroki!!!
Ja pamiętam, że np.w Kazimierzu Dolnym to była w pokoju umywalka, w osobnym pomieszczeniu sam kibel, a łazienka już wspólna ma piętrze. Z kolei jak kiedyś byłam z koleżanką w Zakopcu to łazienka i kibel były wspólne dla dwóch pokoi, między nimi, głupie to było bardzo. To wszystko jeszcze w ubiegłym wieku (jak to brzmi😁). A na kempingach to w ogóle gdzieś się szło pod prysznic hen hen. No ale za mlodu to ja bez problemu spalam z koleżankami w jednym łóżku np. jak zostawałam na noc w akademiku, teraz bym chyba nawet w jednym pokoju nie chciała, tylko dwie jedynki
Usuń@toprzeczytalam - Ja też pamiętam podstawówkę z gabinetem dentystycznym. Co jakiś czas chodziliśmy na przegląd zębów, kto miał ubytki to uzupełniali. I koleżanka z klasy (to mogło być tak w 1-2 klasie) dostawała takiej histerii na samo hasło "dentysta", że rzucała się na podłogę przed gabinetem i pół szkoły słyszało jak się darła 🤦♀️
UsuńCo do uzębienia kobiet w PRL... Hmm... Znam jedną w dalszej rodzinie co w wieku dwudziestukilku lat już nosiła protezę, bo w ciąży jej się tak posypały, a ona tak się bała chodzić do stomatologa, że skończyło się j.w.
I do dziś pojąć nie mogę, jak można "przeżyć" dwa porody, a dentystę omijać, bo boli 🤪 I to było jakieś 3 dekady temu, więc istniały skuteczne znieczulenia...
Agata: Jak wiesz, lubię biwakować i jestem przyzwyczajony do wspólnych toalet czy pryszniców — o ile w ogóle są dostępne. Gdy biwakujemy na wyspach (na które trzeba dopłynąć), znajdują się tam jedynie tzw. „thunderbox”; ich zdjęcie możesz zobaczyć w tym filmie, w 8:16 minucie. Na wielu takich dzikich (backcountry) miejscach nie ma jednak żadnych wychodków i trzeba sobie radzić samemu. Muszę dodać, że bardzo często wolę te dwa wspomniane rozwiązania niż „komfortowe” toalety w restauracjach czy innych miejscach publicznych, których stan higieniczny bywa — delikatnie mówiąc — opłakany.
UsuńAśka: Znałem kobietę, której po porodzie (w PRL) zęby zaczęły się tak psuć, że dentysta rwał po kilka naraz, kompletnie się niczym nie przejmując, a do tego po takim zabiegu wypuścił ją do domu-na ulicy dostała takiego krwotoku, że zabrało ją pogotowie do szpitala. Nie miała jeszcze 30 lat i mniej, niż połowę uzębienia. Nosiła niedopasowane, okropne protezy. Było to w 1984 roku, po jej przyjeździe do Kanady-mam nadzieję, że od tego czasu udało się jej uzyskać lepsze protezy.
UsuńBardzo ciekawe to, co piszesz o dentystach, i z pewnością tę książkę przeczytałbym jednym tchem — może uda mi się ją gdzieś zdobyć. Czytałem wiele książek-wspomnień lekarzy i pielęgniarek, ale tylko jedna dotyczyła Polski: Zapiski prowincjonalnego lekarza autorstwa Romana S. Grabskiego, którego zresztą znałem osobiście.
OdpowiedzUsuńMieszkając przez dwa lata na galicyjskiej wsi w latach 70. XX wieku, nie pamiętam, aby kiedykolwiek pojawiała się tam jakakolwiek pomoc dentystyczna. Trzeba było jechać do miasta — a mało kto się na to decydował — a jeśli już, to zwykle po to, by wyrwać ząb. Poza tym większość ludzi zębów po prostu nie myła… a po pewnym czasie i tak nie było specjalnie czego myć.
Jednak w Polsce przynajmniej wysyłano na wieś PRAWDZIWYCH dentystów (i lekarzy), a NIE konowałów po kilkumiesięcznych kursach, jak to miało miejsce w Chinach.
Sześć lat temu przeczytałem fascynującą książkę Gang of One. Memoirs of a Red Guard (Gang jednego. Wspomnienia Czerwonego Gwardzisty) autorstwa Fan Shena. Jak czytamy na klapie książki: „W 1966 roku dwunastoletni Fan Shen, świeżo upieczony członek Czerwonej Gwardii, z zachwytem pogrążył się w chińskiej rewolucji kulturalnej. Wkrótce entuzjazm ustąpił rozczarowaniu, a to przerodziło się w odrazę i strach, gdy Shen odkrył, że jego towarzysze torturowali i zamordowali lekarza, na którego dom pomógł napaść — oraz którego piękną córkę potajemnie uwielbiał.”
Chciałbym przytoczyć jeden szczególnie wstrząsający epizod. W wieku szesnastu lat autor został mianowany wiejskim „bosym lekarzem”. Program bosych lekarzy był wówczas najnowszym politycznym pomysłem. Wielki Przywódca (czyli Mao) zadekretował, że każda wioska powinna mieć takiego lekarza, który pracowałby boso w polu jak reszta chłopów, a leczył pacjentów wieczorami lub w przerwach. Szkolenie trwało trzy (3!) miesiące — przy czym przez pierwszy miesiąc nie uczono się absolutnie niczego związanego z medycyną, a jedynie studiowano dzieła Wielkiego Wodza na temat „służenia ludowi”. Większość zajęć prowadził… sekretarz partyjny wioski.
Musicie zapamiętać nauczanie Przewodniczącego Mao — powiedział sekretarz na zajęciach inauguracyjnych. Wolelibyśmy mieć lekarza o czerwonym sercu i niewielkich umiejętnościach niż lekarza o białym sercu i lepszych kompetencjach medycznych. Czerwone serce zajmie się wszystkim innym. Najpierw musicie być rewolucjonistami, a dopiero potem lekarzami. Nigdy nie wolno wam o tym zapomnieć.
Po takiej „szkole medycznej” Fan Shen wrócił do swojej wioski, gdzie uzyskał niemal status półboga, a mieszkańcy pokładali w nim pełne i bezkrytyczne zaufanie. Niewiarygodne, ale leczył ludzi, przeprowadzał operacje — w tym amputacje — usuwał zranione oko i wykonywał inne poważne zabiegi medyczne!
A sam Fan Shen, mimo bardzo skromnego wykształcenia średniego, zdołał zdać egzamin wstępny na uniwersytet, nauczyć się angielskiego i ostatecznie wyjechać do Stanów Zjednoczonych, gdzie został profesorem języka angielskiego (!!!) w Rochester Community and Technical College w Minnesocie.
A propos wypowiedzi czeskiego premiera… przypomniała mi się pewna scena sprzed lat z amerykańskiego programu typu „talk show”. Zaproszono do niego bardzo znanego aktora, który na wizji pokazał broszurę otrzymaną od straży pożarnej pt. Co robić w razie pożaru. Widniała tam m.in. instrukcja, że w przypadku pożaru wszyscy mieszkańcy powinni natychmiast opuścić dom i zgromadzić się na samym końcu posesji.
OdpowiedzUsuń— To w takim razie mamy biec dwie mile? — zapytał z kamienną twarzą prowadzącego program.