Historię nabycia tej pozycji opisałam już w poprzedniej notce, więc nie będę się powtarzać :) Taki to był szczęśliwy traf, że akurat panowie z Księgarni Akademickiej wyciągnęli skądsiś rzecz sprzed 4 lat i udostępnili. Pięknie mi się to wpisało w uzupełnienie lektury wspomnień prof. Grodziskiego.
Historia tej publikacji jest ciekawa, bowiem materiały w niej zawarte zostały opublikowane po prawie trzydziestu latach od swego powstania. Najwyraźniej nastał już czas, kiedy było można :)
Na okładce książeczki czytamy:
No i rzeczywiście, materiały z sesji (naukawej) - oto strona tytułowa:
Członkowie Klubu "Kopciuszek" - którym jedynym statutowym obowiązkiem jest chodzić na pogrzeby kolegów - spotykali się od wczesnych lat 50-tych w tym oto miejscu przy ul. Karmelickiej 13 w Krakowie:
/skan zdjęcia pochodzącego z publikacji/
Niestety wśród zdjęć zamieszczonych na końcu książeczki nie ma żadnego z wnętrza kawiarni "Kopciuszek". Zeskanowałam za to jedno ze zdjęć uwieczniających sam jubileusz:
Cóż zawiera ta niepozorna książeczka? No właśnie materiały z sesji, odbytej z okazji jubileuszu. Najpierw ogólnie o jubileuszu, co już mnie rozbroiło dowcipem (wyjazd prof. Krawczuka do Myślenic) :)
Potem wprowadzenie (na końcu wyprowadzenie, oczywiście) i poszczególne referaty. Oto spis treści:
Całość tchnie optymizmem (mimo dodupizmu katastroficznego prof. Krawczuka) i dobrym humorem, widać, że się profesorowie nieźle bawili. Chwała więc Markowi Zgórniakowi za to, że zdecydował po latach wydać dziełko własnym sumptem.
Stanie ono gdzieś tutaj, wiele miejsca nie zajmie, muszę tylko pamiętać, by było obok Klio, córki Mnemosyne:
Wyd. Marek Zgórniak Kraków 2010, 40 stron + 23 czarno-białe fotografie
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 10 lipca 2014 roku za 6,30 zł)
Przeczytałam od razu czyli 10 lipca 2014 roku
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski TRIETIA RAKIETA/ TRZECIA RAKIETA (Третья ракета), reż. Riczard Wiktorow, 1963
Trzeci film z udziałem Stanisława Lubszina.
Jest na YT w całości:
Dramat wojenny.
2/ film francuski PRZYGODY RABINA JAKUBA (Les aventures de Rabbi Jacob), reż. Gérard Oury, 1973
Na YT trailer:
Francuski przemysłowiec Victor Pivert, znany jest ze swego nieco wątpliwego stosunku do obcokrajowców. Szczególną niechęcią darzy Żydów. Kiedy nieoczekiwanie musi uciekać przed policją, przestępcami... oraz własną żoną, jak na ironię, przyjdzie mu ukrywać się przebranym za rabina. Wtedy także zmieni swoje poglądy...
3/ film czeski KAPRYŚNE LATO (Rozmarné léto), reż. Jiří Menzel, 1968
Na YT całość w oryginale:
Adaptacja powieści Vladislava Vančury. Ironiczny i uroczy obraz małomiasteczkowej społeczności . Do niewielkiego miasteczka przyjeżdża magik z uroczą asystentką .Trzej miejscowi notable w ciągu kilku nocy próbują uwieść uroczą asystentkę - bez powodzenia. Tymczasem sztuka ta udaje się jednej z ich żon - z magikiem. Kiedy magik doznaje kontuzji , żona potulnie wraca do męża...
4/ film japoński SCENA NAD MORZEM (Ano natsu ichiban shizukana umi), reż. Takeshi Kitano, 1991
Na YT trailer:
Shigeru jest głuchoniemym japońskim śmieciarzem. Pewnego dnia na swojej stałej trasie znajduje wśród odpadków rozbitą deskę surfingową i próbuje ją naprawić. Od tej pory on i jego dziewczyna Takako spędzają cały wolny czas na plaży.
poniedziałek, 14 lipca 2014
sobota, 12 lipca 2014
Natalia Dawydowa - Całe życie i jeszcze dwie godziny
Zdobyłam trzecią powieść tajemniczej autorki, o której życiu i twórczości nic nie udało mi się znaleźć. A tak mnie ciekawi, jaka była jej droga, niewątpliwie pochodziła ze środowisk naukowych, to czuć w jej powieściach.
Powieść Całe życie i jeszcze dwie godziny, zdobyta całkiem niedawno, stanęła na tej półce:
Regał dobrze znacie:
W sumie mam (i przeczytałam) to:
Nikt nigdy znajdziecie tutaj, a Miłość inżyniera Izotowa tu.
Czy coś jeszcze w Polsce tej autorki wydano - nie wiem.
Do czytania zdjęłam obwolutę, bo jest cienka i szybko się niszczyła:
Okazało się, że książka wpasowała mi się w pościel, wiadomo, że czytam w łóżku :)
Informacja na skrzydełku mówi, że to:
Po przeczytaniu trzech powieści Dawydowej mogę się pokusić o uogólnienie. Jej twórczość traktuje zazwyczaj o uczuciach damsko-męskich rzuconych na tło stosunków w instytucie naukowym albo fabryce.
Tak też jest i w tym przypadku. Instytut Naukowo-Badawczy Polimerów, wielka chemia, cicha walka kierownictwa z naukowcami, z których większość wolałaby pracować "dla siebie" czyli naukowo, a nie dla przemysłu - i tu pojawia się Masza, przybyła z Leningradu, gdzie zostawiła samotną po śmierci męża matkę i trudne z nią odniesienia. Ale to nie jedyna rzecz, która została w Leningradzie, bo jest jeszcze praca czysto naukowa, za którą tęsknią chemicy z takich małych ośrodków jak ten opisywany w powieści, jest historia miłości, która jakoś się rozwiała, rozeszła, lata minęły, dziś Masza dobiega trzydziestki i jest ostrożna w uczuciach.
Więc zmagania się z wymogami pracy, z własnymi pryncypiami, ale i z rodzącym się uczuciem do Leonida, czy to przyjaźń czy kochanie? Przyglądanie się pożyciu małżeńskiemu przyjaciół, czy ja tak chcę dla siebie?
- Według mnie, w tej instytucji, w której z tobą siedzimy, też można coś niecoś zrobić. Jeżeli kuć, kuć długo, całe życie, z cichym uporem, całe życie... Jak sądzisz?
- Całe życie i jeszcze dwie godziny - odpowiadam. - I jeżeli ci się w dodatku uda...
- Ja też tak sądzę. Więc uzgodniliśmy to zagadnienie - mówi Leonid poważnie.
Jest w tej powieści klimat codzienności, zwykłego życia, nie ma namiętności Wichrowych wzgórz... a jednak przykuwa uwagę. Cały czas trzymałam kciuki za powodzenie Leonida i tak bardzo się bałam, że Maszy się nie powiedzie.
Teraz, gdy już skończyłam trzydzieści lat, za wszystkie radości swego dzieciństwa i lat młodzieńczych płacę smutkiem. Mamusia - smutek. Stara ciotka Wiera - smutek. Brat cioteczny, chłopak w wieku szkolnym, mam takiego - smutek. Ktoś mi kiedyś podarował duży globus, który mi się podobał, bo był taki duży i niebieski, stał w moim pokoju na podłodze - smutek. Globusa już dawno nie ma, ale prócz globusa były inne rzeczy - bilet do teatru, pierwsza opera, pierwsze pantofle na wysokim obcasie. Za to wszystko - pierwsze - płacę teraz smutkiem. Dawniej sprzeczałam się, gniewałam, obrażałam, teraz nie mogę, teraz dławi mnie smutek. Za wszystko, czego nie rozumiałam w dzieciństwie, a dzisiaj rozumiem, muszę teraz płacić. I trzeba się spieszyć. Bo można nie zdążyć.
Tutaj można przeczytać powieść w oryginale.
Początek:
i koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1968, wyd.I, 236 stron
Tytuł oryginalny: Wsia żyzń plus jeszczo dwa czasa/ Вся жизнь плюс еще два часа
Przełożyła: Janina Dziarnowska
Z własnej półki (kupione na allegro 8 maja 2014 roku za 5 zł)
Przeczytałam 9 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Więc było tak. Po opublikowaniu notki o wspomnieniach profesora Grodziskiego zajrzałam do internetów zobaczyć, co tam o tym piszą. No niewiele, ja piszę na razie :) ale na drugim miejscu była Księgarnia Akademicka i tak jakoś weszłam, a tam nagle... widzę, że pojawiła się pozycja, o której czytałam w miesięczniku KRAKÓW i o którą się w Księgarni dopytywałam, ale nic o niej nie słyszeli. I teraz mają. Znów prof. Grodziski. A właściwie jego ojciec, adwokat i pisany przez niego dziennik. No, to już wiem, co robię po pracy, pomyślałam. Ale jeszcze zaczęłam - kontrolnie - przeglądać dział cracoviana. I wsiąkłam. Wynotowałam sobie pięć publikacji i poleciałam na Św. Anny. Z jednej na miejscu zrezygnowałam - była to książka o Tadeuszu Since, ale omawiająca głównie jego dorobek naukowy, a mnie by bardziej interesowała biografia. Resztę wzięłam. I tak pękło 93 zł...
Pieniądze, wiadomo, rzecz nabyta, bardziej mnie przy zakupach książkowych wstrzymuje brak miejsca w domu, no ale na cracoviana nie pożałuję przecież :)
Swoją drogą rozmawiałam kiedyś z koleżanką po linii zawodowej - z tych linii, co to wiecznie trzeba się dokształcać - i powiedziała ona, że nie kupuje książek, bo nie ma ich komu zostawić. Taki argument jakoś nie przyszedł mi do głowy. Przecież książki kupuję dla SIEBIE! Miałabym się pozbawić tej przyjemności wizją jakichś tam spadkobierców, którzy nie wiedzą co ze spuścizną zrobić? Never!
Ale wracając do ostatnich nabytków. Widzicie tam pozycję zatytułowaną Trzydziestolecie (mniej więcej) klubu "Kopciuszek" (o niej następnym razem). No jaki ten świat mały! Tam właśnie znalazłam czarno-białe zdjęcie dodane do poprzedniej notki, a udowadniające, że wspomniany klub istotnie mieścił się pod numerem 13 przy ul. Karmelickiej.
A co do nowych nabytków - od kilkunastu dni biję się z myślami. Pojawiła się na allegro pozycja, której poszukuję, ale kosztuje 120 zł. No i brać czy nie brać. Liczyć na to, że jeszcze się kiedyś pojawi i to taniej? Czy carpe diem i nie czekać na nic? Ot, zagwozdka.
Powieść Całe życie i jeszcze dwie godziny, zdobyta całkiem niedawno, stanęła na tej półce:
Regał dobrze znacie:
W sumie mam (i przeczytałam) to:
Nikt nigdy znajdziecie tutaj, a Miłość inżyniera Izotowa tu.
Czy coś jeszcze w Polsce tej autorki wydano - nie wiem.
Do czytania zdjęłam obwolutę, bo jest cienka i szybko się niszczyła:
Okazało się, że książka wpasowała mi się w pościel, wiadomo, że czytam w łóżku :)
Informacja na skrzydełku mówi, że to:
Po przeczytaniu trzech powieści Dawydowej mogę się pokusić o uogólnienie. Jej twórczość traktuje zazwyczaj o uczuciach damsko-męskich rzuconych na tło stosunków w instytucie naukowym albo fabryce.
Tak też jest i w tym przypadku. Instytut Naukowo-Badawczy Polimerów, wielka chemia, cicha walka kierownictwa z naukowcami, z których większość wolałaby pracować "dla siebie" czyli naukowo, a nie dla przemysłu - i tu pojawia się Masza, przybyła z Leningradu, gdzie zostawiła samotną po śmierci męża matkę i trudne z nią odniesienia. Ale to nie jedyna rzecz, która została w Leningradzie, bo jest jeszcze praca czysto naukowa, za którą tęsknią chemicy z takich małych ośrodków jak ten opisywany w powieści, jest historia miłości, która jakoś się rozwiała, rozeszła, lata minęły, dziś Masza dobiega trzydziestki i jest ostrożna w uczuciach.
Więc zmagania się z wymogami pracy, z własnymi pryncypiami, ale i z rodzącym się uczuciem do Leonida, czy to przyjaźń czy kochanie? Przyglądanie się pożyciu małżeńskiemu przyjaciół, czy ja tak chcę dla siebie?
- Według mnie, w tej instytucji, w której z tobą siedzimy, też można coś niecoś zrobić. Jeżeli kuć, kuć długo, całe życie, z cichym uporem, całe życie... Jak sądzisz?
- Całe życie i jeszcze dwie godziny - odpowiadam. - I jeżeli ci się w dodatku uda...
- Ja też tak sądzę. Więc uzgodniliśmy to zagadnienie - mówi Leonid poważnie.
Jest w tej powieści klimat codzienności, zwykłego życia, nie ma namiętności Wichrowych wzgórz... a jednak przykuwa uwagę. Cały czas trzymałam kciuki za powodzenie Leonida i tak bardzo się bałam, że Maszy się nie powiedzie.
Teraz, gdy już skończyłam trzydzieści lat, za wszystkie radości swego dzieciństwa i lat młodzieńczych płacę smutkiem. Mamusia - smutek. Stara ciotka Wiera - smutek. Brat cioteczny, chłopak w wieku szkolnym, mam takiego - smutek. Ktoś mi kiedyś podarował duży globus, który mi się podobał, bo był taki duży i niebieski, stał w moim pokoju na podłodze - smutek. Globusa już dawno nie ma, ale prócz globusa były inne rzeczy - bilet do teatru, pierwsza opera, pierwsze pantofle na wysokim obcasie. Za to wszystko - pierwsze - płacę teraz smutkiem. Dawniej sprzeczałam się, gniewałam, obrażałam, teraz nie mogę, teraz dławi mnie smutek. Za wszystko, czego nie rozumiałam w dzieciństwie, a dzisiaj rozumiem, muszę teraz płacić. I trzeba się spieszyć. Bo można nie zdążyć.
Tutaj można przeczytać powieść w oryginale.
Początek:
i koniec:
Wyd. CZYTELNIK Warszawa 1968, wyd.I, 236 stron
Tytuł oryginalny: Wsia żyzń plus jeszczo dwa czasa/ Вся жизнь плюс еще два часа
Przełożyła: Janina Dziarnowska
Z własnej półki (kupione na allegro 8 maja 2014 roku za 5 zł)
Przeczytałam 9 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Więc było tak. Po opublikowaniu notki o wspomnieniach profesora Grodziskiego zajrzałam do internetów zobaczyć, co tam o tym piszą. No niewiele, ja piszę na razie :) ale na drugim miejscu była Księgarnia Akademicka i tak jakoś weszłam, a tam nagle... widzę, że pojawiła się pozycja, o której czytałam w miesięczniku KRAKÓW i o którą się w Księgarni dopytywałam, ale nic o niej nie słyszeli. I teraz mają. Znów prof. Grodziski. A właściwie jego ojciec, adwokat i pisany przez niego dziennik. No, to już wiem, co robię po pracy, pomyślałam. Ale jeszcze zaczęłam - kontrolnie - przeglądać dział cracoviana. I wsiąkłam. Wynotowałam sobie pięć publikacji i poleciałam na Św. Anny. Z jednej na miejscu zrezygnowałam - była to książka o Tadeuszu Since, ale omawiająca głównie jego dorobek naukowy, a mnie by bardziej interesowała biografia. Resztę wzięłam. I tak pękło 93 zł...
Pieniądze, wiadomo, rzecz nabyta, bardziej mnie przy zakupach książkowych wstrzymuje brak miejsca w domu, no ale na cracoviana nie pożałuję przecież :)
Swoją drogą rozmawiałam kiedyś z koleżanką po linii zawodowej - z tych linii, co to wiecznie trzeba się dokształcać - i powiedziała ona, że nie kupuje książek, bo nie ma ich komu zostawić. Taki argument jakoś nie przyszedł mi do głowy. Przecież książki kupuję dla SIEBIE! Miałabym się pozbawić tej przyjemności wizją jakichś tam spadkobierców, którzy nie wiedzą co ze spuścizną zrobić? Never!
Ale wracając do ostatnich nabytków. Widzicie tam pozycję zatytułowaną Trzydziestolecie (mniej więcej) klubu "Kopciuszek" (o niej następnym razem). No jaki ten świat mały! Tam właśnie znalazłam czarno-białe zdjęcie dodane do poprzedniej notki, a udowadniające, że wspomniany klub istotnie mieścił się pod numerem 13 przy ul. Karmelickiej.
A co do nowych nabytków - od kilkunastu dni biję się z myślami. Pojawiła się na allegro pozycja, której poszukuję, ale kosztuje 120 zł. No i brać czy nie brać. Liczyć na to, że jeszcze się kiedyś pojawi i to taniej? Czy carpe diem i nie czekać na nic? Ot, zagwozdka.
Etykiety:
Literatura rosyjska,
Najnowsze nabytki,
Z własnej półki
czwartek, 10 lipca 2014
Stanisław Grodziski - Klio, córka Mnemosyne, kelnerka z Kopciuszka
Chciałabym ładnie napisać o tej książce. Bo tego warta. Bo nie wiem, jakimi kanałami będzie się rozchodzić, skoro została wydana przez Autora i czy ma szansę dotrzeć do wszystkich zainteresowanych. Bo to wspomnienia z czasów niedawno minionych. Bo napisane przez profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, co dla mnie jest już pierwszym stopniem na drabinie do nieba :) Bo ich autor jest człowiekiem dowcipnym.
Tylko ja nie umiem tak ładnie. Mogę jedynie rzucić garść wrażeń na zachętę.
Książka nowiutka, jeszcze nie znalazła swojego miejsca na regale, ale stanie niewątpliwie gdzieś tutaj:
Prof. Grodziski nie po raz pierwszy gości u mnie na półce. Odszukałam dwie książki:
Przy okazji tej pierwszej pozycji, zerknęłam do notki sprzed 2 lat i odkryłam, że w domu są jeszcze dwie jego książki... no ale już za późno, zapomniałam i nie sfotografowałam :(
Natomiast druga pozycja to świętość w mym domu. Otóż, gdy Córunia była mała, a ja nie pracowałam, jeno zajmowałam się jej wychowywaniem (ze skutkiem mizernym, ma ci ona silny charakter) nie było tygodnia bez tzw. Przyprawy. Znaczy się wyszukiwałam różne miejscowości w okolicach Krakowa i układałam gryplan, a następnie molestowałam Narzeczonego w celu odbycia wyjazdu. Wertowałam różne stare wydawnictwa z czasów komuny, przewodniki, które po dużej części nie były już aktualne, PGR-y w dawnych dworach przestały istnieć i zamieniły się w prywatne rezydencje (chłop mi do dziś wypomina, jak to szukaliśmy w jakiejś wsi ośmiobocznych stodół), no co tam w domu miałam - przypominam, że internetu nie było. To znaczy może już był (lata 90-te), ale nie w moim zasięgu. W każdym razie nabyłam wówczas Wzdłuż Wisły, Dniestru i Zbrucza Grodziskiego i traktowałam tę książkę jak Biblię :) Więcej teraz nie będę pisać, bo postanowiłam ją sobie odświeżyć i wtedy będzie dokładniej.
Jak wspominałam przy okazji zakupu, rzecz przewertowałam już pierwszego wieczora i z wielkim trudem się od niej oderwałam na rzecz książki aktualnie czytanej. Ale nadeszła spokojna niedziela i mogłam już bez zwłoki oddać się lekturze:
To było bardzo miłe popołudnie spędzone w łóżku z profesorem, pozostającym pod urokiem płci niewieściej jak każdy prawdziwy mężczyzna. Wspomnienia prof. Grodziskiego - a są to zapiski z lat 1968-1982 - powstały pod wpływem córki Karoliny, która nie tylko zachęciła ojca do uporządkowania ich i wydania, ale też wybrała ilustracje: reklamy i etykiety z lat 60-tych i 70-tych (kawy Marago, herbaty "Społem" wybornej etc.). Zresztą Karolina Grodziska też ma swoje miejsce na moich półkach, to specjalistka od krakowskich cmentarzy. Profesor niechętnie uchyla zasłony z życia rodzinnego, ale wspomina o odejściu żony, gdy córka miała zaledwie 18 lat. I tak mi przychodzi do głowy - może głupio - że naukowe zainteresowania Karoliny Grodziskiej wyrosły może wskutek częstego bywania na grobie matki? Wszak pierwszy przewodnik po krakowskich cmentarzach autorstwa samouka Stanisława Cyrankiewicza powstał wskutek pewnego wydarzenia związanego z pochówkiem sióstr scholastycznek...
To jednak nie wiąże się z tematem książki, a są nim dzieje grupki stałych klientów kawiarni "Kopciuszek" przy ul. Karmelickiej. Uformowali oni stolik, gdzie spotykali się codziennie na kawie. W nieistniejącym statucie Stolika w "Kopciuszku" obowiązywały tylko dwie zasady – primo: wzajemnie sobie nie szkodzić, secundo: chodzić na pogrzeby kolegów. Byli wśród nich prof. Aleksander Krawczuk, rzeźbiarz Marian Konieczny, Mirosław Frančić, Irena Homola-Skąpska, Antoni Podraza. Historycy, prawnicy, lekarze, dziennikarz. Z czasem stolik przeniósł się do Pasażu Bielaka, a wreszcie do kawiarni Grand Hotelu, gdzie profesorskiemu towarzystwu zorganizowano stały stolik o odpowiedniej ilości miejsc, a nawet ustawiono popiersia niektórych z nich, autorstwa Koniecznego. Chciałam Was nawet uraczyć tym widokiem, ale gdy wychodzę z pracy, jest tam już za ciemno, by zrobić zdjęcia, będę musiała poczekać do urlopu. Na razie więc jedynie widok na kamieniczkę nr 15 przy ul. Karmelickiej, gdzie wszystko się zaczęło:
Dziś nie jest to już "Kopciuszek", ale "Czarodziej".
Nawiasem mówiąc Grodziski wymienia numer 13 jako siedzibę "Kopciuszka", ale to kamieniczka obok, gdzie funkcjonuje zakład fotograficzny. Pamięć spłatała figla :)
___________________________________________________________________
I tu już po dwóch godzinach update:
Sama sobie jestem winna. Nie można ufać jednemu źródłu. Zaufałam autorce bloga Spacerkiem po Krakowie, która zapewnia, że "Kopciuszek" był w miejscu obecnego "Czarodzieja" (chodziła tam przed 40 laty). Tymczasem zaraz po pracy wstąpiłam do Księgarni Akademickiej i znalazłam potwierdzenie, że to nie profesor Grodziski ma zaniki pamięci... "Kopciuszek" jak najbardziej był pod numerem 13, tam gdzie dziś zakład fotograficzny. Jutro dowód w tym miejscu! I zdjęcie właściwej kamienicy. Ale że poszłam do Akademickiej... coś mnie tknęło normalnie :)
Proszę bardzo, oto dowód. W pewnej publikacji (o której za dni parę) znalazłam to oto zdjęcie:
To samo miejsce dziś (niestety nie miałam możności skorzystać z okna na piętrze naprzeciwko, jak twórca czarno-białej fotografii):
A więc było to na pewno pod numerem 13 i niniejszym przepraszam prof. Grodziskiego za posądzenie (bezpodstawne) o zmiany zwyrodnieniowe w tętnicach (zwane powszechnie sklerozą).
_____________________________________________________________________
Autor zaczyna od usprawiedliwienia :)
A potem już snuje się opowieść, dedykowana
O latach studiów uniwersyteckich i początkach pracy naukowej. O kolegach, mistrzach (Adam Vetulani), przyjaciołach. O absurdach tamtych czasów i jak z tych opresji wychodzono obronną ręką. O dawnym sznycie profesorskim i obyczajach studenckich. O ludziach nieprzeciętnych i tych... bardzo przeciętnych. O tym, jak kiedyś wyglądały habilitacje i jacy studenci przychodzili do Uniwersytetu za nowej władzy.
Wszystko podane lekko i z dyskretnym przymrużeniem oka:
Kawę "Kopciuszek" serwował nieszkodliwą dla zdrowia.
:)
albo:
nie każdy miał czas posłuchać radia (także miejscowego)
Gdy Grodziski zajmował się w ramach swych obowiązków egzaminami wstępnymi na uczelnię (tak, były kiedyś takie), zdarzały się takie donosy:
Wszyscy profesorowie biorą łapówki w dewizach, profesor Studnicki przyjmuje tylko antyki, a Grodziski to nawet antyków nie bierze.
Uczeni dzielili się przy stoliku spostrzeżeniami:
Józef Buszko powrócił ze sporego spaceru w okolicach Zabierzowa i poinformował nas, że zauważył istotną zmianę obyczaju włościańskiego: "Kurwa mać" zastąpiło dawne, tradycyjne "szczęść Boże".
oraz dowcipami:
- Co to jest: stoi na rogu ulicy i nie kopie nikogo w tyłek?
- Aparat do kopania w tyłek, produkcji polskiej.
Profesorowie opiekowali się gośćmi Uniwersytetu. Gdy po miesięcznym pobycie w Krakowie żegnano na dworcu wileńskiego stypendystę, ten 40-letni człowiek rozpłakał się.
- Nie dostanę tu paszportu po raz drugi...
Za to pewnej pani profesor ze Szwajcarii nie imponowały podkrakowskie pejzaże i dopiero na widok stadka gęsi oszalała i kazała sobie robić zdjęcia.
Naturalnie dyskutowali o sprawach uczelnianych i personalnych. Ustalali schemat, jak głosować na Radzie Wydziału w sprawie o awans kolegi. Pierwszy schemat brzmiał:
- To jest wybitny uczony!
Gdyby jednak nie dało się go użyć, trzeba wołać:
- Wprawdzie niewiele publikuje, ale to taki znakomity dydaktyk!
W razie niemożności użycia tego argumentu, trzeba mówić z naciskiem:
- To taki sprawny organizator.
Może wreszcie zdarzyć się, iż będzie szło o kolegę, który nie jest uczonym ani dydaktykiem ani organizatorem, powiedzieć należy:
- To taki porządny człowiek!
Przekazywali sobie plotki krążące o wykładowcach w Studium Wojskowym.
Oficer informuje:
- U nas, na krakowskim Ujocie, program jest ten sam, co na warszawskim Ujocie!
Inny (a może ten sam) oficer prezentuje chłodnicę karabinu maszynowego i mówi do słuchaczy:
- Woda wrze przy 90 stopniach.
Jakiś student wtrąca się do wykładu:
- Panie kapitanie, woda wrze przy 100 stopniach!
Kapitan otwiera swój notes, sprawdza i mówi:
- Macie rację! 90 stopni to jest kąt prosty.
Jednym z przyjaciół był prof. Michał Patkaniowski, zwany Misiem. Jako sędzia grodzki nieraz orzekał w sprawach godnych pióra Wiecha. Oto jedna z nich:
Przed sądem około 1938 roku stanęli dwaj malowniczy kupcy w jarmułkach. Sąd skazał jednego z nich na grzywnę, wówczas drugi, podskakując nerwowo, wciąż powtarzał:
- Wysoki Sądzie, niech on tę grzywnę zapłaci na remont Wawelu! Tylko na remont Wawelu!
Misiowi zaimponował ten przejaw patriotyzmu, więc po zakończeniu rozprawy już prywatnie spytał kupca o przyczynę tego zainteresowania akurat Wawelem.
- Bo, panie sędzio, okna jego sklepu wychodzą na wawel, on ten wawel widzi codziennie i za każdym razem będzie go krew zalewała na wspomnienie tej grzywny!
O doktorze Włodzimierzu Wolfarthcie wcześniej nie słyszałam. Była to malownicza postać, przypadkiem zabłąkana w wiek dwudziesty.
Jeden z profesorów miał dwie urodziwe córki-bliźniaczki. Przyszedł do niego jego asystent w eleganckim garniturze i łamiącym się głosem powiedział:
- Przychodzę prosić o rękę córki pana profesora...
- O, bardzo mnie to cieszy - odparł profesor - ale której?
- Pozostawiam to do uznania pana profesora...
Anegdota o moim ukochanym Karolu Estreicherze. Spotkał go raz Grodziski na mieście, gdy wraz z trzema woźnymi niósł ciężkie rzeźbione drewniane drzwi z warsztatu tokarskiego. O wiele młodszy od dyrektora Muzeum Uniwersyteckiego Grodziski zaproponował swą pomoc. Gdy donieśli drzwi do Collegium Maius i złożyli je w ogrodzie profesorskim, w wykopanym płytkim dole, nastąpiła niezapomniana scena: Estreicher i woźni rozpięli spodnie i odlali się na nowiutkie drzwi.
Wyjaśnienie? Bardzo proste - chodziło o spatynowanie wyrobu :) żeby zbytnio nie odstawał od pozostałych w Muzeum.
I tak przez trzysta stron, opatrzonym jeszcze objaśnieniami terminów łacińskich ("które oby były zupełnie zbędne"), miejsc i kawiarń w Krakowie, a wreszcie organizacji z tamtych czasów. Plus cenny indeks osób. Całość - lektura obowiązkowa dla każdego krakauera. TRZY RAZY TAK!
Początek:
i koniec:
Wyd. nakładem własnym Autora Kraków 2014, 309 stron
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 2 lipca 2014 roku za 25 zł)
Przeczytałam 6 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Zeszłotygodniowy sukces: co najmniej dwa lata miałam tę pozycję na "liście życzeń" na allegro - i pojawiła się niespodziewanie, więc od razu połknęłam, chociaż tanio nie było, jak na radziecką staroć - 15 zet.
Jest to pierwsza część trylogii - resztę czytałam, ale o tym szczegółowiej za dni parę.
Tylko ja nie umiem tak ładnie. Mogę jedynie rzucić garść wrażeń na zachętę.
Książka nowiutka, jeszcze nie znalazła swojego miejsca na regale, ale stanie niewątpliwie gdzieś tutaj:
Prof. Grodziski nie po raz pierwszy gości u mnie na półce. Odszukałam dwie książki:
Przy okazji tej pierwszej pozycji, zerknęłam do notki sprzed 2 lat i odkryłam, że w domu są jeszcze dwie jego książki... no ale już za późno, zapomniałam i nie sfotografowałam :(
Natomiast druga pozycja to świętość w mym domu. Otóż, gdy Córunia była mała, a ja nie pracowałam, jeno zajmowałam się jej wychowywaniem (ze skutkiem mizernym, ma ci ona silny charakter) nie było tygodnia bez tzw. Przyprawy. Znaczy się wyszukiwałam różne miejscowości w okolicach Krakowa i układałam gryplan, a następnie molestowałam Narzeczonego w celu odbycia wyjazdu. Wertowałam różne stare wydawnictwa z czasów komuny, przewodniki, które po dużej części nie były już aktualne, PGR-y w dawnych dworach przestały istnieć i zamieniły się w prywatne rezydencje (chłop mi do dziś wypomina, jak to szukaliśmy w jakiejś wsi ośmiobocznych stodół), no co tam w domu miałam - przypominam, że internetu nie było. To znaczy może już był (lata 90-te), ale nie w moim zasięgu. W każdym razie nabyłam wówczas Wzdłuż Wisły, Dniestru i Zbrucza Grodziskiego i traktowałam tę książkę jak Biblię :) Więcej teraz nie będę pisać, bo postanowiłam ją sobie odświeżyć i wtedy będzie dokładniej.
Jak wspominałam przy okazji zakupu, rzecz przewertowałam już pierwszego wieczora i z wielkim trudem się od niej oderwałam na rzecz książki aktualnie czytanej. Ale nadeszła spokojna niedziela i mogłam już bez zwłoki oddać się lekturze:
To było bardzo miłe popołudnie spędzone w łóżku z profesorem, pozostającym pod urokiem płci niewieściej jak każdy prawdziwy mężczyzna. Wspomnienia prof. Grodziskiego - a są to zapiski z lat 1968-1982 - powstały pod wpływem córki Karoliny, która nie tylko zachęciła ojca do uporządkowania ich i wydania, ale też wybrała ilustracje: reklamy i etykiety z lat 60-tych i 70-tych (kawy Marago, herbaty "Społem" wybornej etc.). Zresztą Karolina Grodziska też ma swoje miejsce na moich półkach, to specjalistka od krakowskich cmentarzy. Profesor niechętnie uchyla zasłony z życia rodzinnego, ale wspomina o odejściu żony, gdy córka miała zaledwie 18 lat. I tak mi przychodzi do głowy - może głupio - że naukowe zainteresowania Karoliny Grodziskiej wyrosły może wskutek częstego bywania na grobie matki? Wszak pierwszy przewodnik po krakowskich cmentarzach autorstwa samouka Stanisława Cyrankiewicza powstał wskutek pewnego wydarzenia związanego z pochówkiem sióstr scholastycznek...
To jednak nie wiąże się z tematem książki, a są nim dzieje grupki stałych klientów kawiarni "Kopciuszek" przy ul. Karmelickiej. Uformowali oni stolik, gdzie spotykali się codziennie na kawie. W nieistniejącym statucie Stolika w "Kopciuszku" obowiązywały tylko dwie zasady – primo: wzajemnie sobie nie szkodzić, secundo: chodzić na pogrzeby kolegów. Byli wśród nich prof. Aleksander Krawczuk, rzeźbiarz Marian Konieczny, Mirosław Frančić, Irena Homola-Skąpska, Antoni Podraza. Historycy, prawnicy, lekarze, dziennikarz. Z czasem stolik przeniósł się do Pasażu Bielaka, a wreszcie do kawiarni Grand Hotelu, gdzie profesorskiemu towarzystwu zorganizowano stały stolik o odpowiedniej ilości miejsc, a nawet ustawiono popiersia niektórych z nich, autorstwa Koniecznego. Chciałam Was nawet uraczyć tym widokiem, ale gdy wychodzę z pracy, jest tam już za ciemno, by zrobić zdjęcia, będę musiała poczekać do urlopu. Na razie więc jedynie widok na kamieniczkę nr 15 przy ul. Karmelickiej, gdzie wszystko się zaczęło:
Dziś nie jest to już "Kopciuszek", ale "Czarodziej".
Nawiasem mówiąc Grodziski wymienia numer 13 jako siedzibę "Kopciuszka", ale to kamieniczka obok, gdzie funkcjonuje zakład fotograficzny. Pamięć spłatała figla :)
___________________________________________________________________
I tu już po dwóch godzinach update:
Sama sobie jestem winna. Nie można ufać jednemu źródłu. Zaufałam autorce bloga Spacerkiem po Krakowie, która zapewnia, że "Kopciuszek" był w miejscu obecnego "Czarodzieja" (chodziła tam przed 40 laty). Tymczasem zaraz po pracy wstąpiłam do Księgarni Akademickiej i znalazłam potwierdzenie, że to nie profesor Grodziski ma zaniki pamięci... "Kopciuszek" jak najbardziej był pod numerem 13, tam gdzie dziś zakład fotograficzny. Jutro dowód w tym miejscu! I zdjęcie właściwej kamienicy. Ale że poszłam do Akademickiej... coś mnie tknęło normalnie :)
Proszę bardzo, oto dowód. W pewnej publikacji (o której za dni parę) znalazłam to oto zdjęcie:
To samo miejsce dziś (niestety nie miałam możności skorzystać z okna na piętrze naprzeciwko, jak twórca czarno-białej fotografii):
A więc było to na pewno pod numerem 13 i niniejszym przepraszam prof. Grodziskiego za posądzenie (bezpodstawne) o zmiany zwyrodnieniowe w tętnicach (zwane powszechnie sklerozą).
_____________________________________________________________________
Autor zaczyna od usprawiedliwienia :)
A potem już snuje się opowieść, dedykowana
O latach studiów uniwersyteckich i początkach pracy naukowej. O kolegach, mistrzach (Adam Vetulani), przyjaciołach. O absurdach tamtych czasów i jak z tych opresji wychodzono obronną ręką. O dawnym sznycie profesorskim i obyczajach studenckich. O ludziach nieprzeciętnych i tych... bardzo przeciętnych. O tym, jak kiedyś wyglądały habilitacje i jacy studenci przychodzili do Uniwersytetu za nowej władzy.
Wszystko podane lekko i z dyskretnym przymrużeniem oka:
Kawę "Kopciuszek" serwował nieszkodliwą dla zdrowia.
:)
albo:
nie każdy miał czas posłuchać radia (także miejscowego)
Gdy Grodziski zajmował się w ramach swych obowiązków egzaminami wstępnymi na uczelnię (tak, były kiedyś takie), zdarzały się takie donosy:
Wszyscy profesorowie biorą łapówki w dewizach, profesor Studnicki przyjmuje tylko antyki, a Grodziski to nawet antyków nie bierze.
Uczeni dzielili się przy stoliku spostrzeżeniami:
Józef Buszko powrócił ze sporego spaceru w okolicach Zabierzowa i poinformował nas, że zauważył istotną zmianę obyczaju włościańskiego: "Kurwa mać" zastąpiło dawne, tradycyjne "szczęść Boże".
oraz dowcipami:
- Co to jest: stoi na rogu ulicy i nie kopie nikogo w tyłek?
- Aparat do kopania w tyłek, produkcji polskiej.
Profesorowie opiekowali się gośćmi Uniwersytetu. Gdy po miesięcznym pobycie w Krakowie żegnano na dworcu wileńskiego stypendystę, ten 40-letni człowiek rozpłakał się.
- Nie dostanę tu paszportu po raz drugi...
Za to pewnej pani profesor ze Szwajcarii nie imponowały podkrakowskie pejzaże i dopiero na widok stadka gęsi oszalała i kazała sobie robić zdjęcia.
Naturalnie dyskutowali o sprawach uczelnianych i personalnych. Ustalali schemat, jak głosować na Radzie Wydziału w sprawie o awans kolegi. Pierwszy schemat brzmiał:
- To jest wybitny uczony!
Gdyby jednak nie dało się go użyć, trzeba wołać:
- Wprawdzie niewiele publikuje, ale to taki znakomity dydaktyk!
W razie niemożności użycia tego argumentu, trzeba mówić z naciskiem:
- To taki sprawny organizator.
Może wreszcie zdarzyć się, iż będzie szło o kolegę, który nie jest uczonym ani dydaktykiem ani organizatorem, powiedzieć należy:
- To taki porządny człowiek!
Przekazywali sobie plotki krążące o wykładowcach w Studium Wojskowym.
Oficer informuje:
- U nas, na krakowskim Ujocie, program jest ten sam, co na warszawskim Ujocie!
Inny (a może ten sam) oficer prezentuje chłodnicę karabinu maszynowego i mówi do słuchaczy:
- Woda wrze przy 90 stopniach.
Jakiś student wtrąca się do wykładu:
- Panie kapitanie, woda wrze przy 100 stopniach!
Kapitan otwiera swój notes, sprawdza i mówi:
- Macie rację! 90 stopni to jest kąt prosty.
Jednym z przyjaciół był prof. Michał Patkaniowski, zwany Misiem. Jako sędzia grodzki nieraz orzekał w sprawach godnych pióra Wiecha. Oto jedna z nich:
Przed sądem około 1938 roku stanęli dwaj malowniczy kupcy w jarmułkach. Sąd skazał jednego z nich na grzywnę, wówczas drugi, podskakując nerwowo, wciąż powtarzał:
- Wysoki Sądzie, niech on tę grzywnę zapłaci na remont Wawelu! Tylko na remont Wawelu!
Misiowi zaimponował ten przejaw patriotyzmu, więc po zakończeniu rozprawy już prywatnie spytał kupca o przyczynę tego zainteresowania akurat Wawelem.
- Bo, panie sędzio, okna jego sklepu wychodzą na wawel, on ten wawel widzi codziennie i za każdym razem będzie go krew zalewała na wspomnienie tej grzywny!
O doktorze Włodzimierzu Wolfarthcie wcześniej nie słyszałam. Była to malownicza postać, przypadkiem zabłąkana w wiek dwudziesty.
Jeden z profesorów miał dwie urodziwe córki-bliźniaczki. Przyszedł do niego jego asystent w eleganckim garniturze i łamiącym się głosem powiedział:
- Przychodzę prosić o rękę córki pana profesora...
- O, bardzo mnie to cieszy - odparł profesor - ale której?
- Pozostawiam to do uznania pana profesora...
Anegdota o moim ukochanym Karolu Estreicherze. Spotkał go raz Grodziski na mieście, gdy wraz z trzema woźnymi niósł ciężkie rzeźbione drewniane drzwi z warsztatu tokarskiego. O wiele młodszy od dyrektora Muzeum Uniwersyteckiego Grodziski zaproponował swą pomoc. Gdy donieśli drzwi do Collegium Maius i złożyli je w ogrodzie profesorskim, w wykopanym płytkim dole, nastąpiła niezapomniana scena: Estreicher i woźni rozpięli spodnie i odlali się na nowiutkie drzwi.
Wyjaśnienie? Bardzo proste - chodziło o spatynowanie wyrobu :) żeby zbytnio nie odstawał od pozostałych w Muzeum.
I tak przez trzysta stron, opatrzonym jeszcze objaśnieniami terminów łacińskich ("które oby były zupełnie zbędne"), miejsc i kawiarń w Krakowie, a wreszcie organizacji z tamtych czasów. Plus cenny indeks osób. Całość - lektura obowiązkowa dla każdego krakauera. TRZY RAZY TAK!
Początek:
i koniec:
Wyd. nakładem własnym Autora Kraków 2014, 309 stron
Z własnej półki (kupione w Księgarni Akademickiej 2 lipca 2014 roku za 25 zł)
Przeczytałam 6 lipca 2014 roku
NAJNOWSZE NABYTKI
Zeszłotygodniowy sukces: co najmniej dwa lata miałam tę pozycję na "liście życzeń" na allegro - i pojawiła się niespodziewanie, więc od razu połknęłam, chociaż tanio nie było, jak na radziecką staroć - 15 zet.
Jest to pierwsza część trylogii - resztę czytałam, ale o tym szczegółowiej za dni parę.
Etykiety:
Cracoviana,
Najnowsze nabytki,
Wspomnienia i memuary,
Z własnej półki
wtorek, 8 lipca 2014
Boris Reitschuster - Ruski ekstrem do kwadratu
Podtytuł: Co zostało z mojej miłości do Moskwy?
Jak bym mogła nie wziąć w Taniej Jatce takiej pozycji! Co prawda, jest to druga część, a pierwszej nie było, no ale niech tam. Każda dobra. Wzięłam, jak to mówią, z pocałowaniem ręki. I w tych pięknych okolicznościach przyrody dość upalnych sięgnęłam, oczekując rozszerzenia horyzontów...
Półka, na której stanęły ostatnio zakupione reportaże, już się niestety całkowicie wypełniła (a dopiero co było jej pół wolnej):
No i regał:
Tekst na ostatniej stronie okładki zapewniał, że świetna rozrywka murowana.
No, specjalnie mnie ten zbiór dziennikarskich tekstów (opublikowanych w różnych latach) nie ubogacił. Gdybym je czytała w codziennej gazecie czy tam tygodniku (nie wiem dokładnie, do czego Reitschuster pisze) to byłoby OK, jednak od wydania książkowego oczekuje się czegoś więcej. Owszem, było zabawnie, jak może nie być zabawnie, przecież my tutaj w Polsce czujemy się jak na Zachodzie i patrzymy na to, co się u ruskich dzieje, z przymrużeniem oka i z pewnym poczuciem wyższości.
Felieton o porąbanym wręcz systemie adresowym w Moskwie wcale mnie nie zaskoczył... wszak mamy to u siebie - niedawno przecież pisałam, jak to usiłowałam odebrać osobiście książki z allegro na jednym z nowohuckich osiedli, gdzie sąsiadowały ze sobą numery 17 i 85. W Moskwie występuje ten problem po prostu na większą skalę - ale cóż nie jest wielkie w mateczce Rosji :)
Co mnie odstraszyło jeszcze bardziej od wyprawy na Moskwę (choć i tak jej nie planuję, zbyt bojąca jestem) to wielokrotnie powtarzane narzekania na metro. Więc tak, samochodem się po Moskwie jeździć nie da, bo wielogodzinne korki (spryciarze posługują się policyjnymi migałkami albo wręcz walą pod prąd), za to metro jawiło mi się zawsze jako ostoja szybkiej komunikacji. U Doncowej metra ile bądź i jej bohaterki nawet są w stanie czytać w czasie podróży. A tu NIEEEEEEE. Metro jest be. Tłok w nim jest taki, że można połamać żebra, a żeby się z niego wydostać, stoi się z kolei w kilometrowych kolejkach do schodów ruchomych. Hm, dziwne. A żeby było jeszcze ciekawiej, nie chodzi o godziny szczytu... bo w Moskwie godziny szczytu są przez całą dobę :)
Reszta - w postsowieckiej normie. Jak to już wielokrotnie opisywano. Typowa produkcja na fali zainteresowania wschodnim sąsiadem.
Dla ciekawych odpowiedź na pytanie, czy da się uszczelnić rakietę beretem. Da się. Należy włożyć beret do dziury głęboko schodzonego przewodu doprowadzającego tlen do zbiornika. Potem nasikać na czapkę i z zamarzniętej uryny zrobić uszczelkę.
Beret wyprać i nosić jeszcze przez długie lata.
Początek:
i koniec:
Wyd. carta blanca Warszawa 2012, wyd.I, 237 stron
Seria: Bieguny
Z własnej półki (kupione w Taniej Jatce 26 maja 2014 roku za 12 zł)
Przeczytałam 6 lipca 2014 roku
Na froncie kuchennym na razie cisza, tylko w niedzielę do zwyczajnej smażonej panierowanej rybki, której wielbicielką jest Córunia, dodałam nowość na naszym stole:
Nazywa się to dumnie carpaccio z kalarepy :) a jest po prostu pokrojoną w cienkie plastry kalarepką, posypaną solą i pieprzem i polaną oliwą. Kalarepkę pamiętam z dzieciństwa podawaną na przekąskę, w cząstkach do chrupania, a nigdy nie pojawiała się na stole :) "Przepis", że tak to nazwę, zaczerpnęłam z jednego z tych czasopism wnętrzarskich, co to je nabyłam w zeszłym miesiącu w ilości hurtowej. Jak widzicie, naprawdę czytam je od deski do deski, łącznie z działem kuchennym.
Obiadek zrobił się w 20 minut i to jest to, co tygryski lubią najbardziej :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski KONIEC SWIETA/ KONIEC ŚWIATA (Конец света), reż. Boris Buniejew, 1962
Drugi filmem z udziałem Stanisława Lubszina.
Jest na YT w całości:
Do miejscowości Olionki przyjeżdża młody i przystojny ksiądz - ojciec Michaił. Odremontowawszy na pół rozwaloną cerkiew batiuszka zaczyna służbę. Jednakże wykształcony ksiądz nie budzi zaufania staruszek, a tym bardziej młodych mieszkanek wsi, zapatrujących się dość sceptycznie na wiarę. Któregoś dnia w Olionkach pojawia się staruszek Filip, "człowiek świętego życia". Cudotwórca działając powoli i rozważnie zaczyna przyciągać ludzi do swej sekty...
2/ film włoski BIANCA COME IL LATTE ROSSA COME IL SANGUE/ Biała jak mleko, czerwona jak krew, reż. Giacomo Campiotti, 2013
Na YT trailer:
Ekranizacja powieści, o której w poprzedniej notce.
3/ film czeski ŻART (Žert), reż. Jaromil Jireš, 1968
Na YT fragment:
Adaptacja powieści M. Kundery o tym samym tytule pokazuje losy bohaterów w latach 50. i 60. J. Jires, podobnie jak Kundera, jest sceptyczny w ocenie sprawiedliwości dziejowej: ofiary lat pięćdziesiątych miotają się w błędnym kole, na próżno poszukują wyjścia (nie pomaga zemsta, wybaczenie ani nieświadomość). Jedynym bohaterem filmu jest Ludvík Jahn. Zachowany został główny wątek powieści - Jahn pragnie zemścić się na swoim wrogu, uwodząc jego żonę. Oglądamy dramat człowieka niezdolnego do przeżywania teraźniejszości z powodu przeszłości. Reżyser przeplata płaszczyzny czasowe: przeszłość atakuje teraźniejszość. Ludvík widzi dawne sytuacje i ich uczestników na ulicy, we śnie, przeszłość dociera do niego również pod postacią echa. To najlepsze z dzieł Jiresa opiera się na grze aktorskiej Josefa Somra.
4/ film japoński PUNKT ZAPALNY (3-4 x jûgatsu), reż. Takeshi Kitano, 1990
Na YT trailer:
"Boiling Point" opowiada o pojedynku - nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu - między samotnikiem-pacyfistą (Masahiko Ono) i sadystycznym, ale eleganckim bandytą (Kitano).
5/ No i w związku z obejrzeniem w zeszłym tygodniu włoskiego spaghetti westernu DJANGO - zafunduję sobie powtórkę filmu Quentina Tarantino:
Jak bym mogła nie wziąć w Taniej Jatce takiej pozycji! Co prawda, jest to druga część, a pierwszej nie było, no ale niech tam. Każda dobra. Wzięłam, jak to mówią, z pocałowaniem ręki. I w tych pięknych okolicznościach przyrody dość upalnych sięgnęłam, oczekując rozszerzenia horyzontów...
Półka, na której stanęły ostatnio zakupione reportaże, już się niestety całkowicie wypełniła (a dopiero co było jej pół wolnej):
No i regał:
Tekst na ostatniej stronie okładki zapewniał, że świetna rozrywka murowana.
No, specjalnie mnie ten zbiór dziennikarskich tekstów (opublikowanych w różnych latach) nie ubogacił. Gdybym je czytała w codziennej gazecie czy tam tygodniku (nie wiem dokładnie, do czego Reitschuster pisze) to byłoby OK, jednak od wydania książkowego oczekuje się czegoś więcej. Owszem, było zabawnie, jak może nie być zabawnie, przecież my tutaj w Polsce czujemy się jak na Zachodzie i patrzymy na to, co się u ruskich dzieje, z przymrużeniem oka i z pewnym poczuciem wyższości.
Felieton o porąbanym wręcz systemie adresowym w Moskwie wcale mnie nie zaskoczył... wszak mamy to u siebie - niedawno przecież pisałam, jak to usiłowałam odebrać osobiście książki z allegro na jednym z nowohuckich osiedli, gdzie sąsiadowały ze sobą numery 17 i 85. W Moskwie występuje ten problem po prostu na większą skalę - ale cóż nie jest wielkie w mateczce Rosji :)
Co mnie odstraszyło jeszcze bardziej od wyprawy na Moskwę (choć i tak jej nie planuję, zbyt bojąca jestem) to wielokrotnie powtarzane narzekania na metro. Więc tak, samochodem się po Moskwie jeździć nie da, bo wielogodzinne korki (spryciarze posługują się policyjnymi migałkami albo wręcz walą pod prąd), za to metro jawiło mi się zawsze jako ostoja szybkiej komunikacji. U Doncowej metra ile bądź i jej bohaterki nawet są w stanie czytać w czasie podróży. A tu NIEEEEEEE. Metro jest be. Tłok w nim jest taki, że można połamać żebra, a żeby się z niego wydostać, stoi się z kolei w kilometrowych kolejkach do schodów ruchomych. Hm, dziwne. A żeby było jeszcze ciekawiej, nie chodzi o godziny szczytu... bo w Moskwie godziny szczytu są przez całą dobę :)
Reszta - w postsowieckiej normie. Jak to już wielokrotnie opisywano. Typowa produkcja na fali zainteresowania wschodnim sąsiadem.
Dla ciekawych odpowiedź na pytanie, czy da się uszczelnić rakietę beretem. Da się. Należy włożyć beret do dziury głęboko schodzonego przewodu doprowadzającego tlen do zbiornika. Potem nasikać na czapkę i z zamarzniętej uryny zrobić uszczelkę.
Beret wyprać i nosić jeszcze przez długie lata.
Początek:
i koniec:
Wyd. carta blanca Warszawa 2012, wyd.I, 237 stron
Seria: Bieguny
Z własnej półki (kupione w Taniej Jatce 26 maja 2014 roku za 12 zł)
Przeczytałam 6 lipca 2014 roku
Na froncie kuchennym na razie cisza, tylko w niedzielę do zwyczajnej smażonej panierowanej rybki, której wielbicielką jest Córunia, dodałam nowość na naszym stole:
Nazywa się to dumnie carpaccio z kalarepy :) a jest po prostu pokrojoną w cienkie plastry kalarepką, posypaną solą i pieprzem i polaną oliwą. Kalarepkę pamiętam z dzieciństwa podawaną na przekąskę, w cząstkach do chrupania, a nigdy nie pojawiała się na stole :) "Przepis", że tak to nazwę, zaczerpnęłam z jednego z tych czasopism wnętrzarskich, co to je nabyłam w zeszłym miesiącu w ilości hurtowej. Jak widzicie, naprawdę czytam je od deski do deski, łącznie z działem kuchennym.
Obiadek zrobił się w 20 minut i to jest to, co tygryski lubią najbardziej :)
W TYM TYGODNIU OGLĄDAM
1/ film rosyjski KONIEC SWIETA/ KONIEC ŚWIATA (Конец света), reż. Boris Buniejew, 1962
Drugi filmem z udziałem Stanisława Lubszina.
Jest na YT w całości:
Do miejscowości Olionki przyjeżdża młody i przystojny ksiądz - ojciec Michaił. Odremontowawszy na pół rozwaloną cerkiew batiuszka zaczyna służbę. Jednakże wykształcony ksiądz nie budzi zaufania staruszek, a tym bardziej młodych mieszkanek wsi, zapatrujących się dość sceptycznie na wiarę. Któregoś dnia w Olionkach pojawia się staruszek Filip, "człowiek świętego życia". Cudotwórca działając powoli i rozważnie zaczyna przyciągać ludzi do swej sekty...
2/ film włoski BIANCA COME IL LATTE ROSSA COME IL SANGUE/ Biała jak mleko, czerwona jak krew, reż. Giacomo Campiotti, 2013
Na YT trailer:
Ekranizacja powieści, o której w poprzedniej notce.
3/ film czeski ŻART (Žert), reż. Jaromil Jireš, 1968
Na YT fragment:
Adaptacja powieści M. Kundery o tym samym tytule pokazuje losy bohaterów w latach 50. i 60. J. Jires, podobnie jak Kundera, jest sceptyczny w ocenie sprawiedliwości dziejowej: ofiary lat pięćdziesiątych miotają się w błędnym kole, na próżno poszukują wyjścia (nie pomaga zemsta, wybaczenie ani nieświadomość). Jedynym bohaterem filmu jest Ludvík Jahn. Zachowany został główny wątek powieści - Jahn pragnie zemścić się na swoim wrogu, uwodząc jego żonę. Oglądamy dramat człowieka niezdolnego do przeżywania teraźniejszości z powodu przeszłości. Reżyser przeplata płaszczyzny czasowe: przeszłość atakuje teraźniejszość. Ludvík widzi dawne sytuacje i ich uczestników na ulicy, we śnie, przeszłość dociera do niego również pod postacią echa. To najlepsze z dzieł Jiresa opiera się na grze aktorskiej Josefa Somra.
4/ film japoński PUNKT ZAPALNY (3-4 x jûgatsu), reż. Takeshi Kitano, 1990
Na YT trailer:
"Boiling Point" opowiada o pojedynku - nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu - między samotnikiem-pacyfistą (Masahiko Ono) i sadystycznym, ale eleganckim bandytą (Kitano).
5/ No i w związku z obejrzeniem w zeszłym tygodniu włoskiego spaghetti westernu DJANGO - zafunduję sobie powtórkę filmu Quentina Tarantino:
Etykiety:
Reportaże,
Rosja,
W tym tygodniu oglądam,
Z własnej półki
niedziela, 6 lipca 2014
Alessandro D'Avenia - Bianca come il latte rossa come il sangue
Czyli BIAŁA JAK MLEKO CZERWONA JAK KREW.
Dawno dawno temu (może z rok) koleżanka-Włoszka opowiedziała mi, że zarwała noc na czytanie powieści o miłości i zrosiła przy tym łzami poduszkę. Powieść obiecała pożyczyć, po czym obie o sprawie zapomniałyśmy. Teraz sobie przypomniałam i o książkę się upomniałam, po czym czytałam ją caluśki tydzień i to bez zachwytu. Może miałam za duże oczekiwania? A może po prostu nie jestem targetem? Stara raszpla, rozumiecie, co ona tam wie o miłości nastolatków?
A we Włoszech to bestseller.
Autor to młody człowiek (w stosunku do mnie) - rocznik 1977, nauczyciel, więc chyba wie, o czym pisze, zna doskonale młodzież.
Informacja z okładki:
A więc trójkąt: narrator Leo, szesnastolatek z burzą włosów godną jego lwiego imienia + starsza o rok Beatrice o czerwonych włosach i bladej twarzy, wielka miłość Leo + koleżanka z klasy Leo, Silvia o błękitnych oczach, powiernica i przyjaciółka. Do tego piłka nożna i kumpel Niko, kochający się rodzice i stary jamnik Terminator. Jest jeszcze ktoś, kto przybywa do liceum klasycznego, w którym uczy się Leo, jako suplent (we Włoszech młody nauczyciel nie dostaje etatu w konkretnej szkole, tylko uczy na zastępstwa tam, gdzie go kuratorium skieruje: tu tydzień, tam pół roku) - ma zastąpić nauczycielkę historii i z miejsca podbija serca uczniów swym zaangażowaniem: przezwą go Sognatore czyli Marzyciel. To on będzie zachęcał Leo do realizacji marzeń za wszelką cenę.
Jest jeszcze jeden bohater powieści: kolor. A raczej kolory: właśnie te trzy - biały, czerwony i błękitny. Biały to kolor wroga, czerwony to miłość, a błękitny - przyjaźń. Leo próbuje się zbliżyć do Beatrice i wkrótce dowiaduje się, że dziewczyna jest chora na białaczkę. Słusznie zakładał, że biały to wroga barwa... Chce jej więc oddać swą krew, co nie jest proste w wypadku nieletnich. Czym jest miłość? Czym jest śmierć? Czy istnieje wobec tego Bóg, skoro na nią pozwala? Jak daleko może się posunąć przyjaźń?
No takie tam pytania. Jedyne, co mnie z powieści zaciekawiło, to język. A może nawet nie tak, nie język, który jest bardzo klasyczny i w gruncie rzeczy zbyt literacki jak na szesnastolatka... to raczej konotacje kulturowe. Już na początku stwierdziłam, że właściwie osoba w moim wieku powinna czytać tę książkę z internetem pod ręką: Leo zastanawia się na przykład, czy jest przystojny czy brzydki, są dni, kiedy czuje się jak młody Bóg i wtedy Zac Efron mógłby mu robić za sekretarza. WTF Zac Efron? Na szczęście pod ręką była córcia, która mi wyjaśniła, że to jakisiś aktor i posenkarz. I tak wielokrotnie. Raz wspomina o nauczycielu z filmu L'ATTIMO FUGGENTE (Uciekająca chwila), a cóż to za film, myślę sobie, a to po prostu STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW (wiwat to zmienianie oryginalnych tytułów). Leo często wspomina o tajemniczym K9, który zmienia mu słowa gdy pisze esemesy; mogę się tylko domyślać, że to jakiś programik. Pełno tu odniesień do świata filmów, komputerów, młodzieżowej muzyki. Pod tym względem to naprawdę świadectwo epoki.
Na stronie 19 czekało mnie wielkie rozczarowanie: Marzyciel opowiada uczniom historię zasłyszaną od swojego dziadka, a pochodzącą z Baśni tysiąca i jednej nocy. O biedaku szukającym po świecie skarbu ze swego snu, który okazuje się być zakopanym w jego własnym ogrodzie. Nosz ludzie! Toż to legenda o fundatorze synagogi Izaaka na krakowskim Kazimierzu, którą sama niedawno uraczyłam ciotki podczas ich wizyty w Krakowie! Tak oto straciłam złudzenia, że cokolwiek w świecie jest oryginalne :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Mondadori Milano 2011, 254 strony
Seria: Numeri Primi
Pożyczone od koleżanki
Przeczytałam 5 lipca 2014 roku
Mimo wszystko (czyli mimo braku entuzjazmu dla powieści) chcę obejrzeć film, który naturalnie już powstał:
\
NAJNOWSZE NABYTKI
Nie powstrzymałam się. No ale jak bym mogła. Najpierw pojawił się na allegro tomik Tramwajem przez Kraków, który ktoś uparcie wystawia ciągle na nowo w cenie 49,90 zł. A tu nagle jest za 15 zł - to musiałam brać.
Potem wstąpiłam jednak do Księgarni Akademickiej (i tak długo wytrzymałam) i dobrze zrobiłam, bo mieli tam na stanie ostatni egzemplarz wspomnień prof. Grodziskiego:
Podczytywałam wieczorem i nie mogę się już doczekać chwili, gdy od początku do końca przeczytam, taka smakowitna, jak mawia Ojczasty.
No a potem nadeszło pudełko po butach marki Massimo Dutti, a w nim...
To odezwał się pan Wiktor, mój dostawca Doncowej od wielu lat i uzupełnił moje zbiory Wioli Tarakanowej.
Obecnie jest ich równo trzydzieści sztuk.
Tym samym NIE zostały mi już cztery półki na resztę życia... tylko trzy z kawałkiem. No ale za to mam prawie na 3 lata czytania o Wiolce :)
W minionym tygodniu dniem eksperymentów kulinarnych była środa rano, kiedy to PRZED pracą (rozumiecie to, przed pracą - czułam się prawie jak moja matka stachanowiec, która chodząc do roboty na siódmą przygotowywała obiad raniutko) zrobiłam tartę z cebulą według przepisu z Poradnika Domowego, wyciętego u Mamy.
W sobotę jednakże nie obyło się bez kolejnego eksperymentu, albowiem nabyta w piątek botwinka miała wyraźne tendencje do więdnięcia i wolałam nie czekać kolejnego dnia. Cóż się dziwić, przeleżała się w upał na straganie. I tak miałam szczęście, że ją znalazłam wracając z pracy, były tylko dwie sierotki, w tym druga już kompletnie zdechła.
Zabrałam się więc za sałatkę z bobu i botwinki, polecaną przez Saxony 3 w komentarzu pod poprzednią notką. Z werwą nastawiłam buraczki do gotowania, a że traciłam przy tym dziewictwo gotowaniowo-buraczkowe, zerknęłam co mówią internety na ten temat (JAK DŁUGO). Internety są głupie i mówią, że stare buraki gotują się dłużej, a młode szybciej. Tyle to ja sama wiem. Doprowadziwszy jednakże obróbkę cieplną buraków do szczęśliwego końca nastawiłam z kolei bób. Fakt, mogłam to robić jednocześnie, ale w ten sposób nie wypełniłabym sobie całego przedpołudnia :)
Po lekkim przestygnięciu nastąpiło clou czyli obieranie bobu. Przeklęłam w żywy kamień - NIGDY WIĘCEJ nie będę tego robić. Do momentu gdy... wpadłam na pomysł, że przecież można usiąść z tą robotą. Rozłożyłam się więc z naczyniami na biurku przed kompem: durszlak z bobem + talerz pod spodem, żeby nie nakapało, talerz na łupiny, miska na obrany bób. Tu już poszło błyskawicznie, ledwo minęło parę nokturnów Chopina, które są moim ulubionym podkładem muzycznym pod czynności kuchenne - aż żałowałam, że bób się skończył.
Pozostało posiekać liście i orzechy oraz pokroić zimne buraczki. Ależ to fajne! Skórka tak śmiesznie i gładko odchodzi! A ręce jakie czerwone! A siki po spożyciu... no, mniejsza o to :) Jeszcze tylko cebulka na masło, dodać bób, podsmażyć chwilkę.. i można dawać do salaterki.
O, zaparowało szkło!
Saxony mówi, że nie miesza. Ja jednak wymieszałam, no bo niby dlaczego mam jeść same buraki albo same liście.
Wyglądu nabrało sraczkowo-buraczkowego... ale CO ZA SMAK! Naprawdę ekstra! A najlepsze są orzechy, gdy wśród miękkich warzyw napotka się kawałek do gryzienia. Zaczęłam sprawdzać, próbować i nie mogłam przerwać! Jedną trzecią salaterki wyżarłam przed obiadem!
Na obiad przygotowałam - bo był w planie, a sałatka nie była - makaron według TEGO przepisu.
Nie były to jednakże pappardelle tylko najzwyklejsze, będące pod ręką pennette. Drugą wprowadzoną zmianą w przepisie był brak mascarpone - no weźcie, wydam dychę po to, by użyć 2 łyżeczki serka? Wystarczyła śmietana :)
Tak naprawdę sałatka by wystarczyła na letni obiad - tak jest sycąca - no ale skoro już wyjęłam cycka z zamrażalnika...
Dawno dawno temu (może z rok) koleżanka-Włoszka opowiedziała mi, że zarwała noc na czytanie powieści o miłości i zrosiła przy tym łzami poduszkę. Powieść obiecała pożyczyć, po czym obie o sprawie zapomniałyśmy. Teraz sobie przypomniałam i o książkę się upomniałam, po czym czytałam ją caluśki tydzień i to bez zachwytu. Może miałam za duże oczekiwania? A może po prostu nie jestem targetem? Stara raszpla, rozumiecie, co ona tam wie o miłości nastolatków?
A we Włoszech to bestseller.
Autor to młody człowiek (w stosunku do mnie) - rocznik 1977, nauczyciel, więc chyba wie, o czym pisze, zna doskonale młodzież.
Informacja z okładki:
A więc trójkąt: narrator Leo, szesnastolatek z burzą włosów godną jego lwiego imienia + starsza o rok Beatrice o czerwonych włosach i bladej twarzy, wielka miłość Leo + koleżanka z klasy Leo, Silvia o błękitnych oczach, powiernica i przyjaciółka. Do tego piłka nożna i kumpel Niko, kochający się rodzice i stary jamnik Terminator. Jest jeszcze ktoś, kto przybywa do liceum klasycznego, w którym uczy się Leo, jako suplent (we Włoszech młody nauczyciel nie dostaje etatu w konkretnej szkole, tylko uczy na zastępstwa tam, gdzie go kuratorium skieruje: tu tydzień, tam pół roku) - ma zastąpić nauczycielkę historii i z miejsca podbija serca uczniów swym zaangażowaniem: przezwą go Sognatore czyli Marzyciel. To on będzie zachęcał Leo do realizacji marzeń za wszelką cenę.
Jest jeszcze jeden bohater powieści: kolor. A raczej kolory: właśnie te trzy - biały, czerwony i błękitny. Biały to kolor wroga, czerwony to miłość, a błękitny - przyjaźń. Leo próbuje się zbliżyć do Beatrice i wkrótce dowiaduje się, że dziewczyna jest chora na białaczkę. Słusznie zakładał, że biały to wroga barwa... Chce jej więc oddać swą krew, co nie jest proste w wypadku nieletnich. Czym jest miłość? Czym jest śmierć? Czy istnieje wobec tego Bóg, skoro na nią pozwala? Jak daleko może się posunąć przyjaźń?
No takie tam pytania. Jedyne, co mnie z powieści zaciekawiło, to język. A może nawet nie tak, nie język, który jest bardzo klasyczny i w gruncie rzeczy zbyt literacki jak na szesnastolatka... to raczej konotacje kulturowe. Już na początku stwierdziłam, że właściwie osoba w moim wieku powinna czytać tę książkę z internetem pod ręką: Leo zastanawia się na przykład, czy jest przystojny czy brzydki, są dni, kiedy czuje się jak młody Bóg i wtedy Zac Efron mógłby mu robić za sekretarza. WTF Zac Efron? Na szczęście pod ręką była córcia, która mi wyjaśniła, że to jakisiś aktor i posenkarz. I tak wielokrotnie. Raz wspomina o nauczycielu z filmu L'ATTIMO FUGGENTE (Uciekająca chwila), a cóż to za film, myślę sobie, a to po prostu STOWARZYSZENIE UMARŁYCH POETÓW (wiwat to zmienianie oryginalnych tytułów). Leo często wspomina o tajemniczym K9, który zmienia mu słowa gdy pisze esemesy; mogę się tylko domyślać, że to jakiś programik. Pełno tu odniesień do świata filmów, komputerów, młodzieżowej muzyki. Pod tym względem to naprawdę świadectwo epoki.
Na stronie 19 czekało mnie wielkie rozczarowanie: Marzyciel opowiada uczniom historię zasłyszaną od swojego dziadka, a pochodzącą z Baśni tysiąca i jednej nocy. O biedaku szukającym po świecie skarbu ze swego snu, który okazuje się być zakopanym w jego własnym ogrodzie. Nosz ludzie! Toż to legenda o fundatorze synagogi Izaaka na krakowskim Kazimierzu, którą sama niedawno uraczyłam ciotki podczas ich wizyty w Krakowie! Tak oto straciłam złudzenia, że cokolwiek w świecie jest oryginalne :)
Początek:
i koniec:
Wyd. Mondadori Milano 2011, 254 strony
Seria: Numeri Primi
Pożyczone od koleżanki
Przeczytałam 5 lipca 2014 roku
Mimo wszystko (czyli mimo braku entuzjazmu dla powieści) chcę obejrzeć film, który naturalnie już powstał:
\
NAJNOWSZE NABYTKI
Nie powstrzymałam się. No ale jak bym mogła. Najpierw pojawił się na allegro tomik Tramwajem przez Kraków, który ktoś uparcie wystawia ciągle na nowo w cenie 49,90 zł. A tu nagle jest za 15 zł - to musiałam brać.
Potem wstąpiłam jednak do Księgarni Akademickiej (i tak długo wytrzymałam) i dobrze zrobiłam, bo mieli tam na stanie ostatni egzemplarz wspomnień prof. Grodziskiego:
Podczytywałam wieczorem i nie mogę się już doczekać chwili, gdy od początku do końca przeczytam, taka smakowitna, jak mawia Ojczasty.
No a potem nadeszło pudełko po butach marki Massimo Dutti, a w nim...
To odezwał się pan Wiktor, mój dostawca Doncowej od wielu lat i uzupełnił moje zbiory Wioli Tarakanowej.
Obecnie jest ich równo trzydzieści sztuk.
Tym samym NIE zostały mi już cztery półki na resztę życia... tylko trzy z kawałkiem. No ale za to mam prawie na 3 lata czytania o Wiolce :)
W minionym tygodniu dniem eksperymentów kulinarnych była środa rano, kiedy to PRZED pracą (rozumiecie to, przed pracą - czułam się prawie jak moja matka stachanowiec, która chodząc do roboty na siódmą przygotowywała obiad raniutko) zrobiłam tartę z cebulą według przepisu z Poradnika Domowego, wyciętego u Mamy.
W sobotę jednakże nie obyło się bez kolejnego eksperymentu, albowiem nabyta w piątek botwinka miała wyraźne tendencje do więdnięcia i wolałam nie czekać kolejnego dnia. Cóż się dziwić, przeleżała się w upał na straganie. I tak miałam szczęście, że ją znalazłam wracając z pracy, były tylko dwie sierotki, w tym druga już kompletnie zdechła.
Zabrałam się więc za sałatkę z bobu i botwinki, polecaną przez Saxony 3 w komentarzu pod poprzednią notką. Z werwą nastawiłam buraczki do gotowania, a że traciłam przy tym dziewictwo gotowaniowo-buraczkowe, zerknęłam co mówią internety na ten temat (JAK DŁUGO). Internety są głupie i mówią, że stare buraki gotują się dłużej, a młode szybciej. Tyle to ja sama wiem. Doprowadziwszy jednakże obróbkę cieplną buraków do szczęśliwego końca nastawiłam z kolei bób. Fakt, mogłam to robić jednocześnie, ale w ten sposób nie wypełniłabym sobie całego przedpołudnia :)
Po lekkim przestygnięciu nastąpiło clou czyli obieranie bobu. Przeklęłam w żywy kamień - NIGDY WIĘCEJ nie będę tego robić. Do momentu gdy... wpadłam na pomysł, że przecież można usiąść z tą robotą. Rozłożyłam się więc z naczyniami na biurku przed kompem: durszlak z bobem + talerz pod spodem, żeby nie nakapało, talerz na łupiny, miska na obrany bób. Tu już poszło błyskawicznie, ledwo minęło parę nokturnów Chopina, które są moim ulubionym podkładem muzycznym pod czynności kuchenne - aż żałowałam, że bób się skończył.
Pozostało posiekać liście i orzechy oraz pokroić zimne buraczki. Ależ to fajne! Skórka tak śmiesznie i gładko odchodzi! A ręce jakie czerwone! A siki po spożyciu... no, mniejsza o to :) Jeszcze tylko cebulka na masło, dodać bób, podsmażyć chwilkę.. i można dawać do salaterki.
O, zaparowało szkło!
Saxony mówi, że nie miesza. Ja jednak wymieszałam, no bo niby dlaczego mam jeść same buraki albo same liście.
Wyglądu nabrało sraczkowo-buraczkowego... ale CO ZA SMAK! Naprawdę ekstra! A najlepsze są orzechy, gdy wśród miękkich warzyw napotka się kawałek do gryzienia. Zaczęłam sprawdzać, próbować i nie mogłam przerwać! Jedną trzecią salaterki wyżarłam przed obiadem!
Na obiad przygotowałam - bo był w planie, a sałatka nie była - makaron według TEGO przepisu.
Nie były to jednakże pappardelle tylko najzwyklejsze, będące pod ręką pennette. Drugą wprowadzoną zmianą w przepisie był brak mascarpone - no weźcie, wydam dychę po to, by użyć 2 łyżeczki serka? Wystarczyła śmietana :)
Tak naprawdę sałatka by wystarczyła na letni obiad - tak jest sycąca - no ale skoro już wyjęłam cycka z zamrażalnika...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































